Jak to mawia mój ojciec, dla Polaków są cztery klęski żywiołowe: wiosna, lato, jesień i zima.
Dla niektórych biegaczy też. Pada deszcz: dramat! Buty zmokną, bluza zmoknie, trzeba biegać przez kałuże. Wieje: dramat! Spada tempo. Pada śnieg: dramat! trzeba brnąć przez zaspy. Mróz: dramat! Nie da się oddychać.
Nie no spoko, dajemy radę, zaciskamy zęby, dzielnie brniemy przez śnieg, a zdjęcie z biegu wrzucamy na fejsa.
Żeby nie było, że jestem jakąś twardzielką: biegałam dziś w śniegu do kostek i umęczyłam się jak osioł. Ale, nie przesadzajmy z tą pogodą. I tak mamy lepiej niż w Skandynawii, gdzie połowę roku jest śnieg lub w Anglii, gdzie cały czas pada.
Wracając do moich biegów. Grzecznie realizuję plan. W tabelce mam już ponad 40 biegów. Wałkuję interwały, tempówki i coraz dłuższe wybiegania.
W sumie to nie mam za bardzo o czym pisać na blogu, bo nie biorę udziału w żadnych zawodach (i chyba nawet nie planuję do wiosny), nic spektakularnego nie dzieje się w moim biegowym życiu. Chyba jednak powolutku przychodzi moc, bo po raz pierwszy aż tyle biegam regularnie.
Do maratonu Orlen (już się zapisałam i nawet zapłaciłam) zostało już tylko 2,5 miesiąca, w dodatku będę miała 1,5 tygodnia przerwy na wyjazd. Tak więc trzeba działać i biegać. Czy to słońce czy deszcz.
niedziela, 26 stycznia 2014
środa, 1 stycznia 2014
Postanowienia noworoczne
Cały czas sumiennie wypełniam plan treningowy. I widocznie opłaciło się takie zdyscyplinowanie, bo od Mikołaja dostałam super-zegarek z GPS-em i pulsometrem.
Nigdy wcześniej nie korzystałam z podobnego cuda i coraz bardziej jestem pod wrażeniem. Aż się dziwię teraz, że biegałam wczesniej bez jakiejkolwiek świadomości o swoim tętnie, czy choćby o dystansie okolicznych ścieżek biegowych.
Dowiedziałam się przykładowo, że gdy biegam z wózkiem w tempie około 6:30/kilometr to moje tętno jest takie jak przy tempie 5:30/kilometr bez wózka.
Prezent więc wspaniały i z pewnością posłuży długie lata.
Postanowienie 1. Przebiec maraton w kwietniu i najlepiej złamać 4 godziny
Postanowienie 2. Przebiec w czerwcu Rzeźnika (o ile uda się zapisać!)
Postanowienie 3. Koniec ze słodyczami! (dziś zjadłam prawie całe opakowanie ptasiego mleczka - ratunku!!!)
Życzę, aby i Wam spełniły się życzenia i abyście wytrwali w postanowieniach noworocznych - i tych biegowych i tych niebiegowych!
sobota, 21 grudnia 2013
Spaaać! Jeeeść!
Właśnie kończę siódmy tydzień zaplanowanego treningu. Jego celem głównym jest wiosenny maraton.
Póki co, udaje mi się wszystko realizować według tabelki, tylko kilka razy przełożyłam coś na inny dzień i raz w ogóle nie poszłam na planowe bieganie.
Dotychczas biegałam maksymalnie czterdzieści kilka kilometrów w tygodniu. Dla wytrawnych biegaczy to pewnie niewiele. Jednak chyba po raz pierwszy w życiu biegam konsekwentnie według rozsądnego planu, który został ułożony specjalnie dla mnie - przez pana JK.
Poza tym, chyba też pierwszy raz, zaczęłam robić szybkie biegi - na stadionie. Chyba to one najbardziej dają mi w kość.
O ile przy w miarę normalnym trybie życie nie potrzebuję zbyt wiele snu, tak ostatnio zaczęłam odczuwać seeeeeenność. Chyba nawet bardziej chce mi się teraz spać niż gdy Zosia była malutka i spała w trybie "półtorej godziny snu - półtorej godziny nie-snu - półtorej godziny snu...itd." Teraz, choć Zosia raczej przesypia całe noce, to najchętniej położyłabym się jeszcze razem z nią na dzienną drzemkę (na ogół jednak mam coś do roboty).
Poza tym stale jestem głodna. I znów - przy w miarę normalnym trybie życia jedzenie nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Co innego, gdy się trochę intensywniej człowiek rusza.
Ostatnio popełniłam niezłą głupotę - w lodówce praktycznie nic nie było, więc na śniadanie zjadłam słodką bułkę (pod domem mamy piekarnię). Po czym poszłam na dwugodzinne bieganie, w tym szybkie kółka na stadionie. Po niecałej godzinie byłam straaaaasznie głodna. Wróciłam do domu i zjadłam jakieś bezsensowne resztki, które były w lodówce. A po wykąpaniu się poszłam coś zjeść na miasto.
Jaki morał? Więcej spać, jeść niekoniecznie więcej, ale mądrzej, i robić zapasy w lodówce ;)
Póki co, udaje mi się wszystko realizować według tabelki, tylko kilka razy przełożyłam coś na inny dzień i raz w ogóle nie poszłam na planowe bieganie.
Dotychczas biegałam maksymalnie czterdzieści kilka kilometrów w tygodniu. Dla wytrawnych biegaczy to pewnie niewiele. Jednak chyba po raz pierwszy w życiu biegam konsekwentnie według rozsądnego planu, który został ułożony specjalnie dla mnie - przez pana JK.
Poza tym, chyba też pierwszy raz, zaczęłam robić szybkie biegi - na stadionie. Chyba to one najbardziej dają mi w kość.
O ile przy w miarę normalnym trybie życie nie potrzebuję zbyt wiele snu, tak ostatnio zaczęłam odczuwać seeeeeenność. Chyba nawet bardziej chce mi się teraz spać niż gdy Zosia była malutka i spała w trybie "półtorej godziny snu - półtorej godziny nie-snu - półtorej godziny snu...itd." Teraz, choć Zosia raczej przesypia całe noce, to najchętniej położyłabym się jeszcze razem z nią na dzienną drzemkę (na ogół jednak mam coś do roboty).
Poza tym stale jestem głodna. I znów - przy w miarę normalnym trybie życia jedzenie nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Co innego, gdy się trochę intensywniej człowiek rusza.
Ostatnio popełniłam niezłą głupotę - w lodówce praktycznie nic nie było, więc na śniadanie zjadłam słodką bułkę (pod domem mamy piekarnię). Po czym poszłam na dwugodzinne bieganie, w tym szybkie kółka na stadionie. Po niecałej godzinie byłam straaaaasznie głodna. Wróciłam do domu i zjadłam jakieś bezsensowne resztki, które były w lodówce. A po wykąpaniu się poszłam coś zjeść na miasto.
Jaki morał? Więcej spać, jeść niekoniecznie więcej, ale mądrzej, i robić zapasy w lodówce ;)
czwartek, 28 listopada 2013
Szaro, buro i do d...
Kończę czwarty tydzień biegania wg planu, który ułożył super-trener w postaci mojego małżonka.
Jak widzę na ścieżkach biegowych - nie tylko ja trenuję jesienią. No cóż, jak chce się pobiec wiosenny maraton, to trzeba teraz zaczynać przygotowywać się.
Dziś - szaro, buro, mżawka, dziecko zaglucone. Wyjść czy nie wyjść?
Nie mam z kim zostawić Zosi. Jak dziś nie pobiegam, to potem będę miała trzy dni pod rząd biegania po 10 km. Trzeba więc iść. Wózek biegowy ma tę wadę, że jest przewiewny i nie jest w całości zakryty - nie chroni więc przed deszczem. Wciskam zatem dziecko w "gondolkę" czyli wózek głęboki, w którym już ledwie się mieści. Mogę za to zakryć wózek folią.
Dobra, biegnę. Wieje, jest zimno, ręce marzną, wózek ciężki. Aż chce się zawrócić.
Na szczęście nie tylko ja biegnę ścieżką - znalazło się jeszcze kilku podobnych wariatów. To podtrzymuje na duchu.
Jak jest szaro, buro i do d... to sobie myślę, że to właśnie dzięki takim dniom, dzięki temu, że się wtedy wyjdzie i jednak pobiegnie i jednak nie zawróci; właśnie dzięki temu można cos więcej zrobić. Zbudować formę, być silniejszym. W końcu tylko mięczaki biegają tylko przy idealnej pogodzie, nie?
Słoneczne pozdrowienia dla tych, którzy też wychodzą na treningi w mżawce!
Jak widzę na ścieżkach biegowych - nie tylko ja trenuję jesienią. No cóż, jak chce się pobiec wiosenny maraton, to trzeba teraz zaczynać przygotowywać się.
Dziś - szaro, buro, mżawka, dziecko zaglucone. Wyjść czy nie wyjść?
Nie mam z kim zostawić Zosi. Jak dziś nie pobiegam, to potem będę miała trzy dni pod rząd biegania po 10 km. Trzeba więc iść. Wózek biegowy ma tę wadę, że jest przewiewny i nie jest w całości zakryty - nie chroni więc przed deszczem. Wciskam zatem dziecko w "gondolkę" czyli wózek głęboki, w którym już ledwie się mieści. Mogę za to zakryć wózek folią.
Dobra, biegnę. Wieje, jest zimno, ręce marzną, wózek ciężki. Aż chce się zawrócić.
Na szczęście nie tylko ja biegnę ścieżką - znalazło się jeszcze kilku podobnych wariatów. To podtrzymuje na duchu.
Jak jest szaro, buro i do d... to sobie myślę, że to właśnie dzięki takim dniom, dzięki temu, że się wtedy wyjdzie i jednak pobiegnie i jednak nie zawróci; właśnie dzięki temu można cos więcej zrobić. Zbudować formę, być silniejszym. W końcu tylko mięczaki biegają tylko przy idealnej pogodzie, nie?
Słoneczne pozdrowienia dla tych, którzy też wychodzą na treningi w mżawce!
środa, 13 listopada 2013
Bieg Niepodległości
11 listopada odbył się 25. już Bieg Niepodległości. W tym roku wyjątkowo wielu biegaczy wzięło w nim udział.
A wśród nich - bardzo wielu moich znajomych, tak więc moją rozgrzewką
było bieganie od spotkania do spotkania.
Bardzo mi było miło spotkać się z rodzicami i bratem Staszka.
Spotkałam się też z Blogaczami. Dziękuję!
Tym razem JK podjął się pchania wózka przez całą trasę. A ja poszłam na start z kumpelami: Zosią i Izką.
Muszę powiedzieć, że taki tłum biegaczy i wspólne odśpiewanie hymnu robiło wrażenie!
Byłam przekonana, że przy takiej liczbie uczestników przez pierwsze 2 kilometry trzeba będzie powolutku truchtać w ścisku. Okazało się jednak, że organizacja była bardzo dobra i było całkiem luźno.
Pogoda jak dla mnie - idealna - nie za ciepło, nie za zimno, przyjemne słoneczko.
Zosia zaczęła od razu mocniej i szybko zniknęła nam z oczu. Za to z Izą (moją odwieczną biegową koleżanką) przebiegłyśmy razem całą trasę. I to było super! Nie z każdym można się zgrać pod względem tempa, ale z Izą z reguły świetnie się dopasowujemy i wzajemnie "ciągniemy".
Zaczęłyśmy powoli: 6min/km, potem stopniowo przyspieszałyśmy. Cały bieg czułam się bardzo fajnie. Wyszło nam ostatecznie 53:51. Z wyniku jestem zadowolona, bo myślałam, że będę celować bardziej w 55-56 minut. W końcu od ciąży (czyli już prawie 1,5 roku!) przebiegłam tylko 2 razy 10 km i raz półmaraton.
Najbardziej jestem zadowolona, że było tak fajnie, przy pięknej pogodzie. Nasza Zosia też zadowolona - idealnie spała przez cały bieg. Zosia, nasza koleżanka skończyła w bardzo ładnym czasie. Biegłe też moja siora, która jak zwykle pięknie pobiegła z czasem około 48 minut.
Dziękuję wszystkim za spotkania i gratuluję biegu!
A wśród nich - bardzo wielu moich znajomych, tak więc moją rozgrzewką
było bieganie od spotkania do spotkania.
Bardzo mi było miło spotkać się z rodzicami i bratem Staszka.
Spotkałam się też z Blogaczami. Dziękuję!
Tym razem JK podjął się pchania wózka przez całą trasę. A ja poszłam na start z kumpelami: Zosią i Izką.
Muszę powiedzieć, że taki tłum biegaczy i wspólne odśpiewanie hymnu robiło wrażenie!
Byłam przekonana, że przy takiej liczbie uczestników przez pierwsze 2 kilometry trzeba będzie powolutku truchtać w ścisku. Okazało się jednak, że organizacja była bardzo dobra i było całkiem luźno.
Pogoda jak dla mnie - idealna - nie za ciepło, nie za zimno, przyjemne słoneczko.
Zosia zaczęła od razu mocniej i szybko zniknęła nam z oczu. Za to z Izą (moją odwieczną biegową koleżanką) przebiegłyśmy razem całą trasę. I to było super! Nie z każdym można się zgrać pod względem tempa, ale z Izą z reguły świetnie się dopasowujemy i wzajemnie "ciągniemy".
Zaczęłyśmy powoli: 6min/km, potem stopniowo przyspieszałyśmy. Cały bieg czułam się bardzo fajnie. Wyszło nam ostatecznie 53:51. Z wyniku jestem zadowolona, bo myślałam, że będę celować bardziej w 55-56 minut. W końcu od ciąży (czyli już prawie 1,5 roku!) przebiegłam tylko 2 razy 10 km i raz półmaraton.
Najbardziej jestem zadowolona, że było tak fajnie, przy pięknej pogodzie. Nasza Zosia też zadowolona - idealnie spała przez cały bieg. Zosia, nasza koleżanka skończyła w bardzo ładnym czasie. Biegłe też moja siora, która jak zwykle pięknie pobiegła z czasem około 48 minut.
Dziękuję wszystkim za spotkania i gratuluję biegu!
Ten blog jest z założenia apolityczny. Ale wyjątkowo pozwolę sobie na pewną myśl:
Chciałabym złożyć wniosek do rządu o konstytucyjny obowiązek, nałożony na każdego obywatela, przebiegnięcia co roku 11 listopada dziesięciu kilometrów. Jestem pewna, że po takiej przebieżce wszystkim odechciałoby się bójek i chuligaństwa.
środa, 6 listopada 2013
Nieżle się wozisz, maleńka
Nareszcie!
Uznaliśmy, że Zosia dorosła już do wózka biegowego.
Wcześniej biegałam z Zosią w głębokim wózku.
Teraz - full wypas - dzięki dużym kółkom nie grzęźniemy przy każdej nierówności, pcha się gładko i nawet jest hamulec ręczny jakbym się za bardzo rozpędziła. Prawdziwy luksus!
Jakby ktoś chciał kupić takie cacko to niestety musi się nastawić na spory wydatek, bo w Polsce wciąż wózki biegowe nie są bardzo popularne. My kupiliśmy jednak używany, w bardzo dobrym stanie, za mniej więcej 25% oryginalnej ceny. Myślę jednak, że jak ktoś się nastawia na częste biegi z dzieciakiem to warto!
Zosia zasypia tak samo jak w głębokim wózku. Wózek biegowy można z resztą ustawić, żeby dziecko było w pozycji półleżącej.
A poza tym zaczęłam biegać według planu treningowego, który ułożył dla mnie JK (dziękuję niezmiernie!). Głównym celem planu jest przygotowanie do maratonu w kwietniu.
Ostatnio treningowo przebiegłam 10 km z wózkiem i wyszło mi 59 minut. Czyli chyba nie jest ze mną najgorzej.
11 listopada mamy zamiar wystartować całą trojką w Biegu Niepodległości. Tym razem to JK będzie pchał wózek, a ja zobaczę jak mi się pobiegnie bez wózka (czy jeszcze to potrafię? :) )
Uznaliśmy, że Zosia dorosła już do wózka biegowego.
Wcześniej biegałam z Zosią w głębokim wózku.
Teraz - full wypas - dzięki dużym kółkom nie grzęźniemy przy każdej nierówności, pcha się gładko i nawet jest hamulec ręczny jakbym się za bardzo rozpędziła. Prawdziwy luksus!
Jakby ktoś chciał kupić takie cacko to niestety musi się nastawić na spory wydatek, bo w Polsce wciąż wózki biegowe nie są bardzo popularne. My kupiliśmy jednak używany, w bardzo dobrym stanie, za mniej więcej 25% oryginalnej ceny. Myślę jednak, że jak ktoś się nastawia na częste biegi z dzieciakiem to warto!
Zosia zasypia tak samo jak w głębokim wózku. Wózek biegowy można z resztą ustawić, żeby dziecko było w pozycji półleżącej.
A poza tym zaczęłam biegać według planu treningowego, który ułożył dla mnie JK (dziękuję niezmiernie!). Głównym celem planu jest przygotowanie do maratonu w kwietniu.
Ostatnio treningowo przebiegłam 10 km z wózkiem i wyszło mi 59 minut. Czyli chyba nie jest ze mną najgorzej.
11 listopada mamy zamiar wystartować całą trojką w Biegu Niepodległości. Tym razem to JK będzie pchał wózek, a ja zobaczę jak mi się pobiegnie bez wózka (czy jeszcze to potrafię? :) )
Subskrybuj:
Posty (Atom)