Od Biegu Rzeźnika minął tydzień. I co? Mam porzeźnickie syndromy:
Syndrom 1. 2-3 dni po biegu bolały mnie nogi i chodziłam na sztywnych nogach. Jednak adrenalina wciąż buzowała i byłam pełna energii. Co ciekawe, w ogóle nie miałam apetytu.
Syndrom 2. 4-5 dni po biegu przestały już boleć nogi, za to zrobiłam się zmęczona, senna i straaaasznie głodna.
Syndrom 3. Po tych 5 dniach minęły syndromy wspomniane w pkt 1. i 2. a więc nadszedł czas na powrót do biegania. I tu właśnie syndrom numer 3: po przebiegnięciu niemal 80 kilometrów jakoś głupio iść biegać kilka czy kilkanaście kilometrów...
Syndrom 4. Myślicie, że przebiegnięcie Rzeźnika wpływa tylko na ciało? Coś takiego ostro klepie po głowie.
4a. Mam rzeźnickie sny - dziś przyśniło mi się, że musiałam przebiec rzeźnika z Zosią na rękach...
4b. Padło mi na mózg, wkręciłam się. No, spodobało po prostu . I zapisałam się na kolejny ultra: "Łemkowyna" w październiku. Tym razem 70 km przez Beskid Niski.
sobota, 28 czerwca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
Bieg Rzeźnika – relacja
Lalalala! Jestem Rzeźnikiem!!!
Ale po kolei.
Rzeźnik to kultowy bieg o długości 78 kilometrów, 3 km w
pionie w dół i tyle samo w górę. Prowadzi czerwonym szlakiem przez niemal całe
Bieszczady – od Komańczy, przez Cisną – do Ustrzyk Górnych. Rzeźnika biegnie
się w parach. Razem na starcie, razem w drodze, razem na mecie. Jeśli partner
schodzi z trasy – my też.
Miałam biec z moją siorą. Byłaby na pewno super siostrzana
przygoda. Niestety siora nabawiła się kontuzji i 3 tygodnie przed „rzeźnią” zaczęłam
szukać partnerki.
Poszukiwania nie trwały długo. Asia Kozanecka, która za 2
miesiące startuje w Ironmanie, zgodziła pobiec ze mną. O lepszej zawodniczce
nie mogłam marzyć – Asia chodzi po górach (w tym roku weszła na Aconcaguę), od
dawna biega, uprawia triathlon. W dodatku już dwa razy była na Rzeźniku, więc wiedziała
o co biega.
W ramach przygotowań przebiegłyśmy się 20 kilosów po
Kampinosie. Ledwie za Aśką człapałam. No to będzie „grubo” w Bieszczadach –
myślałam.
Na szczęście ustaliłyśmy co i jak. Powiedziałam, że moim celem
jest dobiegnięcie do mety. Asia nie chce z kolei nabawić się kontuzji przed
Ironmanem. Plan: biegniemy na spokojnie, byle zmieścić się w limicie czasu (16
godzin).
JEDZIEMY
Jedziemy we cztery. Nasz zespół i Iza z Zosią, które też
pobiegną. Kilka godzin w aucie. Staram się przespać, ale nerwy nie pozwalają.
Jesteśmy w Cisnej. Tłum biegaczy, bo wystartuje 600
zespołów, czyli jest nas 1200 plus jakieś 500 osób, które wystartują w sobotę w
Rzeźniczku (bieg na 26 kilometrów) plus osoby towarzyszące.
Staramy się dopchać do knajpy. Każda z nas zamawia po dużej
pizzy. Jedzenie sięga mi już do gardła, ale jutro trzeba będzie mieć siłę.
| Miejsce odpraw, odbierania pakietów itd. w Cisnej |
Na trasie Rzeźnika są cztery punkty (Żebrak, Cisna, Smerek,
Berehy), gdzie można się napić i coś zjeść. W Cisnej i Smereku można zostawić
swoje rzeczy. My z Aśką już mamy wcześniej wszystko obmyślone. Więc zapakowane
torby oddajemy do wyznaczonych miejsc i szybciutko idziemy do pensjonatu, bo pobudka
o 1 w nocy!
Wieczorem denerwuję się i mam rozstrój żołądka. Cholera! Mam
nadzieję, że z tej pizzy coś zostało. Myślę, czy uda mi się dobiec do mety. Czy
jakaś kontuzja nie zmusi mnie do zejścia z trasy. I czy będę mieć po drodze
sraczkę. Na szczęście przed 22 udaje mi się zasnąć.
| W workach zapakowane są rzeczy biegaczy - niedługo pojadą na przepaki w Cisnej i Smereku. |
START
Pobudka o 1. Przespałam się 3 godziny. Aśce w ogóle nie
udało się zasnąć. No nic. Ona jest silniejsza to da radę. Wszystko mamy już
przygotowane – koszulki, buty, plecaki z wodą i inne pierdoły. Śniadanie jakoś
nie wchodzi. W końcu jest środek nocy.
O 2 w nocy odjeżdżają autobusy z Cisnej do Komańczy – na start.
Bałam się, że będzie bałagan organizacyjny, bo niełatwo przewieźć takie tłumy.
Ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Około 3 w nocy jesteśmy w Komańczy.
Rozgrzewają nas rytmy bębnów. W brzuchu mi się przewraca, trochę mi niedobrze.
To z nerwów.
3:30 – start!!!
Nareszcie można biec. Po kilku kilometrach przechodzą mi
wszystkie dolegliwości żołądkowe. Biegniemy drogą w niezłym tłumie. Nawet
gdybyśmy chciały – nie da się pędzić. No i dobrze – nerwy nas nie poniosą. Około
4 robi się jasno. Dobrze, że nie wzięłyśmy czołówek (jak wiele osób). To tylko
niepotrzebny ciężar.
Jesteśmy oszczędne – wzięłyśmy bardzo mało rzeczy. Sporo
gratów spakowałyśmy na „przepaki” na wszelki wypadek (jak się potem okazało – z
większości nie skorzystałyśmy). Oszczędzamy też siły. Pod górę idziemy szybkim
marszem. Po płaskim i w dół – biegniemy.
Po 2,5 godzinach docieramy do pierwszego punktu – do przełęczy
Żebrak. Te 2,5 godziny zleciały szybciutko. Nie tracimy tu czasu. Bierzemy kilka łyków. Ja
uzupełniam worek z piciem. I po około 2 minutach lecimy dalej. Do limitu czasu
mamy 45 minut zapasu.
Od początku staram się nie myśleć o dystansie 78 kilometrów.
To zbyt przerażające. Myślę etapami: do przebiegnięcia jest 16 kilometrów,
potem 15, dalej 24 itd.
| Przed startem. Staram się opanować nerwy! |
CISNA
Już czuję, że jest dobrze. Czasem mam słaby dzień i nie
wiedzieć czemu – po prostu nie mam siły. Ale od Żebraka czuję, że jest ok. To
jest mój dzień. Staram się przypomnieć sobie wszystkie swoje wycieczki górskie,
wszystkie trudne biegi. W myślach sumuję te doświadczenia. To mi dodaje sił.
Ultramaraton po płaskim? To musi być katorga! W górach jest
dobrze – pod górę męczą się płuca i serce, ale nogi w miarę odpoczywają. W dół mięśnie nóg bardziej się męczą, ale serce
odpoczywa. I tak na zmianę. W sumie – jest super. Kilometry mijają jakoś
szybko. Myśli skoncentrowane są na każdym kroku.
Oby tylko się nie potknąć, nie
poślizgnąć, nie skręcić kostki!
I tak dobiegamy do Cisnej. Tu sporo osób kibicuje. Aśkę
niosą emocje. Biegniemy asfaltem. Pruję za
nią jakieś 5 min na kilometr. Asiaaaa, zaczekaaaaj!
W Cisnej jest pierwszy przepak. Sprawę załatwiamy w trymiga.
Dolewam izotonik do wora. Biorę o plecaka banana i żel.
Przed biegiem miałam plan jeść „naturalne” rzeczy – banany,
suszone morele i batoniki. Moje wcześniejsze doświadczenia z żelami były
nienajlepsze. Teraz jednak na batoniki nie mogłam spojrzeć. Jadłam banany po
troszeczku. Żele „wchodziły” mi niespodziewanie dobrze.
Na przepaku spędziłyśmy 4 minuty i poleciałyśmy dalej. Taką
strategię stosowałyśmy do końca – powoli, powoli, ale cały czas do przodu.
Siedząc lub stojąc meta się nie zbliża, a organizm wychładza zamiast
wypoczywać. Lepiej biec lub choćby iść niż marnować czas na przepaku. Aha, w
ramach oszczędzania czasu sikałyśmy razem (znaczy się w tym samym czasie).
W Cisnej miałyśmy niemal 1,5 godziny zapasu do limitu czasu.
DO SMEREKA
Z Cisnej do Smereka jest najdłuższy odcinek: 24 kilometry.
Chyba ten etap najbardziej mnie znużył. I teraz nawet nie mogę sobie za bardzo
przypomnieć jak wyglądała ta trasa. Poza tym, że ostatnie kilka kilometrów
przed Smerekiem była utwardzona droga, którą prawie w całości przebiegłyśmy. Momentami
senność dawała się we znaki. Ale dość łatwo udało się to opanować.
Po drodze mijamy wiele osób, wiele ekip wyprzedza nas. Jest
miła atmosfera, biegniemy grupkami, ucinamy sobie krótkie pogawędki.
W Smereku miałyśmy już 2 godziny zapasu do limitu czasu. Wiedziałam już, że meta jest nasza. Że teraz
choćby nie wiem co, doczłapię do końca. Mimo że wiedziałam, że największe
podejścia przed nami. Teraz to już nie odpuszczę!
Na przepaku w Smereku również nie traciłyśmy czasu. Miałam
tu zapakowane buty na zmianę. Ale ponieważ stopy nie były obolałe, nie było
sensy marnować kilku minut na zmianę obuwia. Znów – napełnienie wora, żel – i w
drogę. To już nasza dziewiąta godzina biegu…
DO BEREHÓW
Podejście na Połoninę Wetlińską. O biegu nie ma mowy. Ale
idziemy powolutku, byle do przodu. Staram się nie zatrzymywać. Aśka większość
trasy jest przede mną. Ale to mnie mobilizuje, by gonić. Podejście jest strome,
ale dość szybko zlatuje. Wcześniejsza trasa wiodła w większości lasem. Teraz
zaczynają się wspaniałe, bieszczadzkie widoki (choć 99% czasu patrzę pod nogi).
Wraz z widokami zaczyna się chłodny, wilgotny wiatr. Na szczęście mamy kurtki.
Na połoninie truchtamy.
Zbieganie już nie jest teraz takie łatwe. Nogi zaczynają boleć. Lewe kolano pobolewa, a na dole w Berehach już dość mocno boli.
Zbiegamy do Berehów. To już ostatni punkt! Biorę: żel (nic innego nie mogę przełknąć), apap (na kolano), piję Tigera (by się rozbudzić) i to wszystko popijam izotonikiem. Ciekawe co na to mój organizm? Organizm dostał skrzydeł. Zostało jedynie 9 kilometrów!
Mamy nieco straty w zapasie czasu. Miałyśmy zaoszczędzone 2
godziny, a teraz tylko godzinę i 40 minut.
META!
Wejście na Połoninę Caryńską. Jest stromo, ale cisnę.
Pierwszy raz Asia jest za mną. Jesteśmy na górze. Teraz to już ostatnia
prosta!! Asia rzuca hasło: możemy złamać 14 godzin. Ja odpowiadam, że nie wiem
czy dam radę, ale myślę „zrobię wszystko, żeby dać radę”. Wiadomo, że meta jest
nasza na luzaku. Teraz możemy powalczyć o czas.
| Bardzo zadowolone na mecie, z medalami. |
Na połoninie truchtamy. Kolano boli, aż płakać się chce.
Najgorszy odcinek to strome zejście do Ustrzyk. Dobrze, że mam kijki, to jakoś
odciąża nogi i kolana. Mijamy turystów i dopytujemy – ile zostało kilometrów??
Nie wiemy dokładnie. Odległości na zegarkach nie są precyzyjne. Zostało 15
minut do 14 godzin. Ale ile kilometrów. Ach, nieważne. I tak biegnę tak szybko
jak potrafię. Już słychać głosy. Jest, jest meta. Jeszcze tylko kilka głupich
mostków.
I
jeeeeeeeeeeesteśmyyyyyy!!!! Udało się!
Cieszę się jak mało kiedy. Dostajemy medale. Piwo o nazwie „Rzeźnik”.
Jest wspaniale, cudownie. Nie dość, że przebiegłam to jeszcze w przyzwoitym
czasie, poniżej 14 godzin. (dokładniej: 13:56 brutto; netto nie liczyli, ale
byłoby ładnych kilka minut mniej).
Boję się usiąść, bo ciężko będzie wstać. Od razu marznę,
więc ubieram się ciepło. Jedziemy autobusami do Cisnej. Prysznic. Wydaje mi się,
że mogę zjeść przysłowiowego konia z kopytami. Ale żołądek dziwnie skurczony.
Ciężko cokolwiek przełknąć. Idziemy na zasłużony odpoczynek.
Nie muszę chyba wyjaśniać jak wyglądało poranne wstawanie z
łóżka. Takich zakwasów chyba w życiu nie miałam. Ale radość jest przeogromna!
| Jest superrrrr! |
wtorek, 27 maja 2014
Kibicem być
![]() |
| Gadżety kibica :) |
Kolega dobiegł. A mnie opowiastka ta dała do myślenia.

Co powinien krzyczeć lub mówić kibic? Jakie hasła na mnie działają motywująco?
Jak zwykle: na każdego działa trochę co innego. Moja siostra mówi, że kibice są jej całkowicie obojętni. Dla mnie jest to miłe, że ktoś, nawet obcy, mnie wspiera. Wyobrażam sobie, że ta pozytywna energia kibiców przechodzi jakoś na mnie. Zwyczajne klaskanie czy rzucenie "Brawo!" podczas biegu jest dla mnie wsparciem. Nie lubię haseł w stylu: "szybciej, szybciej", bo z reguły już szybciej nie mogę i takie hasło budzi tylko jakiś wewnętrzny sprzeciw.
![]() |
| Złapane na kibicowaniu. Fot. Zuza Gąsiewska |
W ostatni weekend pan JK startował w triathlonie w Piasecznie. Razem z moją siostrą kibicowałyśmy- nie tylko z resztą jemu, ale innym znajomym i wszystkim uczestnikom. Biorąc pod uwagę opowiastkę kolegi JK starałam się rzucać hasła motywujące. Machałam więc plakatami z napisami: "dasz radę", "ciśniesz do końca". Krzyczałam hasła typu: "brawo", "dawaj czadu", "już niedaleko". No i masę innych spontanicznie. Miałam wrażenie, że zawodnicy z końca stawki najbardziej tego dopingu potrzebowali.Mam nadzieję, że choć trochę pomogło to zawodnikom. Później kilka osób dziękowało nawet za nasze kibicowanie.
Podsumowując moje przemyślenia:
1. Jeśli możemy - kibicujmy. Raczej nie zaszkodzi, a może bardzo pomóc.
2. Kibicujmy nie tylko swoim znajomym, ale wszystkim, szczególnie tym wolniejszym.3. Spróbujmy dodawać otuchy zawodnikom, ale nie rozpraszajmy zbytnio (proste hasła, a nie długie gadanie- z mojego doświadczenia wynika, że myślenie i słuchanie męczy- szczególnie przy ogromnym wysiłku).
4. Spróbujmy zmotywować do dalszej walki ("ciśniesz do końca"), chyba że zawodnik ledwo stoi na nogach.
5. Jeszcze jedna uwaga: Kibice powinni być wyczuleni na złe samopoczucie zawodników. Gdy widzimy kogoś kto np. zasłabnie - pomóżmy, podtrzymajmy, podajmy wodę, wezwijmy pomoc.
A na Was jakie kibicowanie działa najlepiej?
wtorek, 13 maja 2014
Blogaczowy Ekiden
| fot. www.biecdalej.pl |
Jak to dobrze, że nie muszę biec maratonu w całości sama!
Ekiden organizowany przez Fundację Maraton Warszawski to sztafeta maratońska, czyli 6 osób biegnie dystans maratonu pokonując kolejno: ok. 7,2, 10, 10, 5, 5 i 5 kilometrów.
Biegniemy z Blogaczami tworząc dwie drużyny: Szybcy i Wściekli ;)
Jestem, rzecz jasna, wśród wściekłych.
Atmosfera fantastyczna - każdy daje z siebie wszystko, każdy dopinguje i wspiera resztę drużyny.
| Prawie pełna ekipa. fot. www.biecdalej.pl |
Szybka drużyna walczyła o złamanie łącznego czasu 3 godzin. I udało się! Znaleźli się w TOP 50 drużyn (na ponad 700).
Nasza wściekła drużyna też daje z siebie wszystko. Naszą bohaterką jest Emilia, która biegnie w ciąży!
Ja biegłam 10 kilometrów. Myślałam, że uda mi się wycisnąć coś około 51 minut. Ale trasa nie była łatwa i pod koniec słabo mi się biegło. Wyszło mi 52:33. Też nie tragicznie.
Bardzo mi pomógł doping Staszka z naszej drużyny, za co bardzo dziękuję.
| fot. www.biecdalej.pl |
To była bardzo udana niedziela!
ps. Koszulkami, zapisami i całą organizacją zajęła się Kasia, za co dziękuję!
niedziela, 27 kwietnia 2014
Trawers Hardangervidda w Norwegii
Tym razem nie o bieganiu. Ale też na sportowo.
Wybrałam się na samotną wycieczkę na największy płaskowyż Europy - Hardangervidda w Norwegii.
Miejsce to jest o tyle szczególne, że nie jest położone bardzo daleko na północ (pi razy drzwi pomiędzy Oslo a Bergen), a jednak panują tu dość surowe warunki - pokrywa śnieżna zalega przez ponad pół roku, zimą potrafi tu mocno wiać i być bardzo zimno.
Mieliśmy jechać z panem JK już w lutym (chcieliśmy przejść płaskowyż na raty, zamieniając się opieką nad Zosią), jednak powstrzymały nas bardzo silne wiatry i woleliśmy nie ryzykować.
Pojechałam sama, w połowie kwietnia. Moim celem był trawers płaskowyżu od miejscowości Haukaliseter do miejscowości Finse. Trasa ta ma 110-120 kilometrów.
W lutym schroniska są w większości pozamykane. W kwietniu już jest większy ruch, sporo Norwegów chodzi tą trasą; minęłam 4 otwarte schroniska. Miałam więc ułatwione zadanie. Po pierwsze, w razie niebezpieczeństwa (np. porwany namiot) mogłam dojść do schroniska (ale zgodnie z założeniami, wszystkie noce spędziłam pod namiotem). Po drugie szlaki zostały wytyczone (chyba w marcu) tyczkami. Nie musiałam więc zbytnio trudzić się z nawigacją.
Na Hardangerviddzie byłam już 2 razy zimą. Pan JK - 4 razy. Ani razu nie trafiliśmy na ładną pogodę. Zawsze to samo - zimno i wiatr.
I właśnie na takie warunki się nastawiłam.
Okazało się jednak, że tym razem Hardangervidda okazała się dla mnie łaskawa. Poza pierwszym 1,5 dnia pogoda była wybitnie dobra - słońce, tylko lekki mróz, brak wiatru.
Dlatego wycieczka była fantastyczna! Codziennie przechodziłam po 20-30 kilometrów na nartach, ciągnąc swoje graty w pulkach.
Poza tym, że słońce poparzyło mi twarz, wszystko było super. Trasa zajęła mi 5,5 dnia (pierwszego dnia przeszłam tylko 1 kilometr, więc w zasadzie przejście zajęło mi 5 dni). Spędziłam 5 nocy pod namiotem. Żywiłam się posiłkami liofilizowanymi, sucharami, płatkami, mlekiem w proszku itd.
Przez 9 dni nie widziałam się z Zosią. Bardzo się martwiłam, jak ona to zniesie. Okazało się jednak, że zniosła bez najmniejszego problemu. Pan JK jest wspaniałym ojcem, na co dzień spędza z Zosią bardzo dużo czasu, więc dali sobie radę. Chyba rozłąka była trudniejsza dla mnie. Póki szłam na nartach, nie miałam czasu na tęsknotę. Jednak trawers zajął mi mniej czasu niż planowałam i miałam 2 dni "wolnego" w Oslo. To były dla mnie dość trudne dni. Szczęśliwie mamy wspaniałych znajomych w Oslo, których serdeczność i gościna osłodziła mój smutek. Po dziewięciu dniach Zosia powitała mnie tak, jakbym wyszła na 3 godziny...
Gdyby ktoś z Was był zainteresowany poprzednimi przejściami płaskowyżu - tu jest artykuł o tym.
Mam nadzieję, że i ja napiszę dłuższy artykuł o mojej tegorocznej wędrówce :)
Wybrałam się na samotną wycieczkę na największy płaskowyż Europy - Hardangervidda w Norwegii.
Miejsce to jest o tyle szczególne, że nie jest położone bardzo daleko na północ (pi razy drzwi pomiędzy Oslo a Bergen), a jednak panują tu dość surowe warunki - pokrywa śnieżna zalega przez ponad pół roku, zimą potrafi tu mocno wiać i być bardzo zimno.
Mieliśmy jechać z panem JK już w lutym (chcieliśmy przejść płaskowyż na raty, zamieniając się opieką nad Zosią), jednak powstrzymały nas bardzo silne wiatry i woleliśmy nie ryzykować.
Pojechałam sama, w połowie kwietnia. Moim celem był trawers płaskowyżu od miejscowości Haukaliseter do miejscowości Finse. Trasa ta ma 110-120 kilometrów.
![]() |
| Sweet focia. Na szlaku. |
Na Hardangerviddzie byłam już 2 razy zimą. Pan JK - 4 razy. Ani razu nie trafiliśmy na ładną pogodę. Zawsze to samo - zimno i wiatr.
I właśnie na takie warunki się nastawiłam.
Okazało się jednak, że tym razem Hardangervidda okazała się dla mnie łaskawa. Poza pierwszym 1,5 dnia pogoda była wybitnie dobra - słońce, tylko lekki mróz, brak wiatru.
Dlatego wycieczka była fantastyczna! Codziennie przechodziłam po 20-30 kilometrów na nartach, ciągnąc swoje graty w pulkach.
Poza tym, że słońce poparzyło mi twarz, wszystko było super. Trasa zajęła mi 5,5 dnia (pierwszego dnia przeszłam tylko 1 kilometr, więc w zasadzie przejście zajęło mi 5 dni). Spędziłam 5 nocy pod namiotem. Żywiłam się posiłkami liofilizowanymi, sucharami, płatkami, mlekiem w proszku itd.
Przez 9 dni nie widziałam się z Zosią. Bardzo się martwiłam, jak ona to zniesie. Okazało się jednak, że zniosła bez najmniejszego problemu. Pan JK jest wspaniałym ojcem, na co dzień spędza z Zosią bardzo dużo czasu, więc dali sobie radę. Chyba rozłąka była trudniejsza dla mnie. Póki szłam na nartach, nie miałam czasu na tęsknotę. Jednak trawers zajął mi mniej czasu niż planowałam i miałam 2 dni "wolnego" w Oslo. To były dla mnie dość trudne dni. Szczęśliwie mamy wspaniałych znajomych w Oslo, których serdeczność i gościna osłodziła mój smutek. Po dziewięciu dniach Zosia powitała mnie tak, jakbym wyszła na 3 godziny...
Gdyby ktoś z Was był zainteresowany poprzednimi przejściami płaskowyżu - tu jest artykuł o tym.
Mam nadzieję, że i ja napiszę dłuższy artykuł o mojej tegorocznej wędrówce :)
![]() |
| Po 5,5 dniach wędrówki. Na dworcu kolejowym w Finse. |
niedziela, 13 kwietnia 2014
Maratońska porażka
Kwietniowy Orlen Maraton miał być głównym biegiem w tym roku i pod tym kątem biegałam o kilku miesięcy. Pisałam już tutaj o swoich poprzednich maratonach i o tym, że denerwuję się tegorocznym biegiem. Bo założenie było jak dla mnie dość wyśrubowane - miałam złamać 4 godziny. Czyli miałam biec w tempie 5:40.
W przeciwieństwie do wielu moich startów, gdy rano przed wyjściem zastanawiam się, gdzie są moje skarpetki, czy jest czynny już sklep, żeby skoczyć po banany i dlaczego znów zapomniałam naładować zegarka, tym razem byłam przygotowana.
Miałam dzień wcześniej poukładane ubrania i wszystkie potrzebne rzeczy. Namówiłam mojego tatę, żeby przebiegł ze mną 2-3 kilometry. Miał czekać na 28 kilometrze. Z kolei pan JK czekał na mnie na 33 kilometrze i miał ze mną dobiec prawie do mety. Moja mama została z Zosią.
3,5 tygodnia wcześniej przebiegłam dokładnie po trasie maratońskiej pierwsze 30 kilometrów w tempie około 6:00. Trasę więc znałam.
Wszystko było niby przygotowane. Pan JK powtarzał mi, że dam radę.
Ale coś w mojej głowie już działo się nie tak.
Start! Zaczęłam biec po 5:40, a nawet niechcący nieco szybciej, może po 5:35.
Z reguły podczas takich długich biegów na początku cieszę się, że wreszcie biorę udział w zaplanowanych zawodach, rozglądam się, myślę sobie o czymś. Dopiero później przychodzi zmęczenie, nawet bardzo duże, ale wtedy z reguły jest już "bliżej niż dalej".
Tym razem było inaczej. Od samego początku byłam zmęczona. A może źle nastawiona? Sama nie wiem dokładnie co się działo z moim umysłem, ale jakoś nie miałam ochoty biec. Chyba nie wierzyłam, że uda mi się złamać te 4 godziny. A może po prostu byłam za słabo przygotowana?
Chyba bardziej chodziło o głowę, a nie o ciało. Bo przecież dwa tygodnie wcześniej biegłam w tym tempie półmaraton. I jeszcze miałam zapas energii.
A tu już na siódmym kilometrze miałam ochotę odpuścić sobie, wrócić do domu. Walczyłam z tym negatywnym podejściem, ale ono uporczywie wracało. Przed 15 kilometrem czułam się zmęczona. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Zeszłam z trasy.
Poczułam smutek, że nie skończę maratonu, ale przede wszystkim odczułam ulgę. Że nie muszę się już męczyć. :)
Może to nie był mój dzień?
W przeciwieństwie do wielu moich startów, gdy rano przed wyjściem zastanawiam się, gdzie są moje skarpetki, czy jest czynny już sklep, żeby skoczyć po banany i dlaczego znów zapomniałam naładować zegarka, tym razem byłam przygotowana.
Miałam dzień wcześniej poukładane ubrania i wszystkie potrzebne rzeczy. Namówiłam mojego tatę, żeby przebiegł ze mną 2-3 kilometry. Miał czekać na 28 kilometrze. Z kolei pan JK czekał na mnie na 33 kilometrze i miał ze mną dobiec prawie do mety. Moja mama została z Zosią.
3,5 tygodnia wcześniej przebiegłam dokładnie po trasie maratońskiej pierwsze 30 kilometrów w tempie około 6:00. Trasę więc znałam.
Wszystko było niby przygotowane. Pan JK powtarzał mi, że dam radę.
Ale coś w mojej głowie już działo się nie tak.
Start! Zaczęłam biec po 5:40, a nawet niechcący nieco szybciej, może po 5:35.
Z reguły podczas takich długich biegów na początku cieszę się, że wreszcie biorę udział w zaplanowanych zawodach, rozglądam się, myślę sobie o czymś. Dopiero później przychodzi zmęczenie, nawet bardzo duże, ale wtedy z reguły jest już "bliżej niż dalej".
Tym razem było inaczej. Od samego początku byłam zmęczona. A może źle nastawiona? Sama nie wiem dokładnie co się działo z moim umysłem, ale jakoś nie miałam ochoty biec. Chyba nie wierzyłam, że uda mi się złamać te 4 godziny. A może po prostu byłam za słabo przygotowana?
Chyba bardziej chodziło o głowę, a nie o ciało. Bo przecież dwa tygodnie wcześniej biegłam w tym tempie półmaraton. I jeszcze miałam zapas energii.
A tu już na siódmym kilometrze miałam ochotę odpuścić sobie, wrócić do domu. Walczyłam z tym negatywnym podejściem, ale ono uporczywie wracało. Przed 15 kilometrem czułam się zmęczona. Zarówno fizycznie jak i psychicznie. Zeszłam z trasy.
Poczułam smutek, że nie skończę maratonu, ale przede wszystkim odczułam ulgę. Że nie muszę się już męczyć. :)
Może to nie był mój dzień?
niedziela, 6 kwietnia 2014
Dlaczego biegam?
Jedni biegają, by schudnąć, inni by poprawić kondycję, jeszcze inni dla towarzystwa, dla rywalizacji. A na ogół jest to kombinacja tych elementów.
Dlaczego ja biegam? Bo lubię sport, ale żaden poza bieganiem zupełnie mi nie idzie :)))
Mam słaby wzrok i totalny brak koordynacji ciała. W podstawówce i w liceum na 90% lekcji wuefu graliśmy w siatkówkę, ewentualnie koszykówkę, co było moją szkolną zmorą. Nie umiem dobrze ocenić odległości i z rzadka udawało mi się złapać piłkę lub rzucić/odbić ją w miarę celnie. Gimnastyka to już w ogóle zajęcie nie dla mnie. Kiedyś miałam trójkę na świadectwie z wuefu, bo odmówiłam stania na rękach.
Boję się też prędkości. Nie nadaję zatem do takich sportów jak jazda na nartach (zjazdowych), czy szybka jazda na rowerze.
Rower uwielbiam, ale przy nieco stromych zjazdach zawsze hamuję (dla Warszawiaków i osób znających Warszawę - nie jestem w stanie zjechać ulicą spacerową bez mocnego hamowania).
Nie pozostaje nic innego lecz mozolnie uprawiać wytrzymałościówki - bieganie, biegówki, pływanie!
I dlaczego jeszcze?
Chyba nie ma lepszego sposobu na poprawienie kondycji niż bieganie. A dobra forma przydaje się w górach, które uwielbiam.
Dlaczego ja biegam? Bo lubię sport, ale żaden poza bieganiem zupełnie mi nie idzie :)))
Mam słaby wzrok i totalny brak koordynacji ciała. W podstawówce i w liceum na 90% lekcji wuefu graliśmy w siatkówkę, ewentualnie koszykówkę, co było moją szkolną zmorą. Nie umiem dobrze ocenić odległości i z rzadka udawało mi się złapać piłkę lub rzucić/odbić ją w miarę celnie. Gimnastyka to już w ogóle zajęcie nie dla mnie. Kiedyś miałam trójkę na świadectwie z wuefu, bo odmówiłam stania na rękach.
Boję się też prędkości. Nie nadaję zatem do takich sportów jak jazda na nartach (zjazdowych), czy szybka jazda na rowerze.
Rower uwielbiam, ale przy nieco stromych zjazdach zawsze hamuję (dla Warszawiaków i osób znających Warszawę - nie jestem w stanie zjechać ulicą spacerową bez mocnego hamowania).
Nie pozostaje nic innego lecz mozolnie uprawiać wytrzymałościówki - bieganie, biegówki, pływanie!
I dlaczego jeszcze?
Chyba nie ma lepszego sposobu na poprawienie kondycji niż bieganie. A dobra forma przydaje się w górach, które uwielbiam.
![]() |
| Na nartach. Hardangervidda (Norwegia) 2010 rok |
Subskrybuj:
Posty (Atom)





