niedziela, 31 sierpnia 2014

Rozpoznanie trasy Ultrałemkowyny


Pod koniec października zamierzam wziąć udział w biegu Ultrałemkowyna na dystansie 70 km (są też trasy 29 km i 150 km). Trasa tego mojego dystansu wiedzie od Chyrowej (w okolicach Dukli)  czerwonym szlakiem do Komańczy (czyli tam, gdzie zaczyna się bieg Rzeźnika). Jest to część Głównego Szlaku Beskidzkiego (wiele osób przechodzi całość tego malowniczego szlaku liczącego około 500km).


Cerkiew w Chyrowej - w jej okolicach będzie start

W ramach rekonesansu oraz treningu postanowiłam przebiec częściowo trasę październikowego biegu.
Przebiegłam jednego dnia z Rymanowa Zdrój do Komańczy (około 40 km), a dwa dni później z Chyrowej na Cergową (około 15 km). Mam zatem większą część trasy rozpoznaną, a także kilka wniosków na październik.  Zapraszam do lektury w szczególności uczestników Ultrałemkowyny.
Chociaż najpierw biegłam z Rymanowa Zdrój do Komańczy, a dwa dni później z Chyrowej na Cergową - opiszę to na odwrót, za to w takim porządku jak będziemy biegli na zawodach. No to lecimy z opisem:

Z CHYROWEJ NA CERGOWĄ
Ten odcinek  ma około 14 km i przemierzyłam go w 2 godz. 40 min.
Odcinek ten biegłam w mocnym deszczu (dlatego też z tego odcinka mam mało zdjęć) . Momentalnie przemokłam, a ponieważ na odsłoniętych terenach  wiał silny wiatr i dodatkowo na wzniesieniach robiło się zimniej - przemarzłam jak rzadko kiedy. Jednak z tego biegu mam najwięcej wniosków na październik.

Start! Trasa rozpoczyna się wąskim asfaltem w okolicach cerkwi, a następnie prowadzi pod górę wąską drogą mijając gospodarstwa domowe. Dobiega się do drogi asfaltowej, którą biegnie się chwileczkę, a potem wbiega się w las. Tu według mnie jest najgorszy odcinek jeśli chodzi o szlak, który jest dość słabo oznaczony. Wiele razy musiałam się cofać i szukać właściwej ścieżki. W dodatku było tu straszne straszne straszne błoto. Jeśli w październiku solidnie popada przed biegiem - będzie tu masakra!

Las deszczowy ;)




Przed pustelnią św. Jana szlak staje się o wiele wyraźniejszy i jest sporo zbiegów. Często nie da się jednak rozpędzić ze względu na błoto.
Pustelnia św. Jana
Dobiega się do Pustelni, a dalej, już głównie w dół leci się do asfaltówki (na zbiegach znów mnóstwo błota!). Trzeba tu uważać na samochody. Przechodzi się na drugą stronę do Nowej Wsi. Łatwo jest tu przeoczyć skręt ze wsi na ścieżkę, wiec trzeba być czujnym. Zaczyna się podejście na Cergową. Najpierw idzie się stromą ścieżką przy polach. Błoto trafiło mi się koszmarne i ćwiczę głównie zmysł równowagi. Podejście na Cergową w pierwszym odcinku jest strome, potem nieco się wypłaszcza (momentami jest nawet w dół) i na samym końcu znów nieco stromiej. Ale podchodziłam nieco ponad pół godziny, więc nie jest to jakiś dramat.
Cergowa
Mimo to, mamy przed sobą jeszcze szmat drogi, więc radziłabym tutaj oszczędzać siły. Na szczycie jest charakterystyczny krzyż. W lewo odbija żółta ścieżka, a w prawo czerwony szlak.
Niby to są niskie góry, ale jednak na Cergowej wiało mocno i było zimno. Mnie tutaj nieźle wytelepało i całe szczęście, że planowo zbiegłam już do Dukli.

Z CERGOWEJ DO RYMANOWA
(Tego odcinka nie bieg
łam - piszę tylko ogólnikowo na podstawie mapy; odcinek ten ma około 13 km)

Z Cergowej jest zbieg przez las aż do asfaltu we wsi Lipki, który prowadzi do Lubatowej. W Lubatowej skręcamy w lewo i po jakimś kilometrze skręcamy w prawo i wybiegamy z Lubatowej. Po dość krótkim odcinku przez pola, znów znajdujemy się na asfalcie, który prowadzi do Iwonicza Zdrój. Tutaj jest pierwszy (dla trasy na 70 km) punkt odżywczy. Przez Iwonicz biegniemy główną drogą potem skręcamy w prawo by odbić w las. Między Iwoniczem a Rymanowem będzie trochę podbiegów, a przed samym Rymanowem – dość stromy zbieg.

Z RYMANOWA DO PUŁAW GÓRNYCH
Ten odcinek ma około 11 km i przemierzyłam go w  1 godz. 45 min.
W Rymanowie biegnie się asfaltem, który przechodzi w ścieżkę dla kuracjuszy, a potem wąską ścieżkę przez las, głównie pod górę. 
ścieżka asfaltowa przechodzi w taką ścieżkę, a potem jest wąska ścieżka przez las
Wkrótce dobiega się do charakterystycznych drewnianych rzeźb, a potem biegnie się przez rozległą polanę pod górę. Następnie wybiegamy w las.

Drewniane rzeźby

Rozległa polana (tu biegnie się pod górę)

Z rozległej polany wbiegamy w las. Może być błoto
Tu znów może być niezłe blotko. Trzeba też uważać by nie zgubić szlaku. Są momenty, gdy ścieżka jest bardzo wąska i zarośnięta. Dobiegamy do bazy namiotowej w Wisłoczku. Przy wiacie (to co widać na zdjęciu) skręca się w prawo i przekracza się mostkiem rzekę. 

Wisłoczek. 
Zaraz wybiegamy na asfalt (skręcamy w lewo). Teraz zaczyna się dość długi odcinek asfaltem. Szczególnie pierwszy odcinek jest bardzo przyjemny, bo łagodnie w dół. 
Za bazą namiotową jest droga asfaltowa. Skręcamy tu w lewo.
Szybcy biegacze pewnie nadrobią tu sporo czasu, a ci wolniejsi (jak ja) – odpoczną. Przy pierwszym rozwidleniu skręcamy w prawo i teraz jest już trochę bardziej pod górę. 

Na pierwszym rozwidleniu skręcamy w prawo
Wciąż asfaltem obiegamy do Puław Dolnych i tutaj, przy placu zabaw, skręcamy w lewo. 

Dobiegamy do Puław Dolnych
Na rozwidleniu skręcamy w lewo (w okolicach placu zabaw)
Odcinek od Puław Dolnych do Puław Górnych jest pod górę. Ale za to w Puławach Górnych jest punkt  odżywczy, gdzie organizator zapewnia jedzenie, picie, możliwość zagrzania się, łóżka (to raczej dla dłuższej trasy). Jest dobra wiadomość: jesteśmy już sporo za połową!  Za nami ok. 39 km, a przed nami: ok. 29 km. Według mnie to dobry moment, by nieco odetchnąć, zjeść coś większego, może nawet się porozciągać. Jesteśmy za połową, ale często to ta druga połowa (nawet jeśli jest to „mniejsza połowa”) okazuje się trudniejsza.

Z PUŁAW GORNYCH NA TOKARNIĘ
Ten odcinek ma około 14 km i przemierzyłam go w  2 godz. 05 min.
Pod względem widoków to jest według mnie najładniejszy odcinek tego biegu. W Puławach Górnych odbijamy w prawo na pola. Szlak czerwony łączy się tu z zielonym. Najpierw biegniemy wąskim asfaltem, a potem żwirową drogą, potem biegniemy drogą bardziej w prawo (tak jak na zdjęciu) i droga ta przechodzi w polną drogę.

Z asfaltu wiodącego przez Puławy skręcamy w prawo przy takich tabliczkach.

Gdy asfalt odbija w prawo, my wbiegamy w żwirową drogę (na wprost)

Po chwili znów jest rozwidlenie. Mnie tutaj oznaczenie zmyliło i pobiegłam prosto. Ale trzeba biec bardziej w prawo, w górę

Wkrótce wybiegamy na drogę przez pola

Bardzo fajna droga wiedzie przez pola, potem wbiegamy w las widoczny na horyzoncie
Przebiegamy prZez pola. Trzeba uważać by skręcić w mało widoczną ścieżkę. Wbiegamy do lasu. Po niezbyt męczącym podbiegu znajdziemy się na grani. 

Tu trzeba skręcić w niezbyt widoczną ścieżkę
Podbieg przez las

Szczyt Skibce

Bardzo ładna ścieżka przez bukowy las

Dla mnie kilkukilometrowy odcinek szlaku przez bukowy las był fantastyczny. Biegło mi się tu fajnie pewnie nie tylko ze względu na widoki, ale też niewielkie wzniesienia i niezbyt wymagające zbiegi. Zanim ścieżka zdąży się znudzić natrafiamy na betonowe płyty. Obok, po prawej stronie jest niewielka kapliczka. My skręcamy w lewo, w całkiem wygodną utwardzoną drogę. Na pierwszym rozwidleniu skręcamy w prawo. Jest tam znak na Tokarnię. 

Zbiegamy kilkoma betonowymi płytami. Po prawej stronie będzie ta kapliczka. Wtedy skręcamy w lewo.

Biegniemy wygodną żwirową drogą pośród krzaków i kęp drzew

Docieramy do rozwidlenia - skręcamy tu w prawo (zaraz obok będzie tabliczka z napisem "Tokarnia 25 min")

Biegniemy pod górę przez łąkę. W oddali widać już Tokarnię

Tokarnia to charakterystyczne wzniesienie z wysoką wieżą, gdzie docieramy polną drogą. Na szczycie warto stracić choćby kilka sekund, by odwrócić się do tyłu i zobaczyć roztaczające się widoki.

Szczyt Tokarni

Widoki z  Tokarni



Z TOKARNI DO KOMAŃCZY
Ten odcinek ma około 16 km i przemierzyłam go w  2 godz. 10 min.
Jeżeli odpowiednio zaoszczędziliśmy siły na poprzednich etapach – teraz można powoli przyspieszać. Z Tokarni lecimy dalej czy zbiegamy. Najpierw przez pola, potem wśród kęp drzew, potem znów przez pole. To jest jeden z dłuższych zbiegów. Zbiegamy do drogi, gdzie strzałka wyraźnie wskaże, że trzeba biec w lewo. (Tu chyba ma być trzeci punkt odżywczy.) 
Zbieg z Tokarni (momentami dość stromo)
Koniec zbiegu. Docieramy do drogi. Podejrzewam, że tu będzie trzeci punkt odżywczy
Po chwili natrafimy na strumień. Wcześniej też mijałam strumienie, ale tutaj nabieram wodę i nieco się ochlapuję (na biegu to nie będzie koniecznie, bo w tych okolicach będzie punkt odżywczy). Znów biegniemy przez pola, tym razem niestety w górę. Po jakimś czasie dobiegamy do lasu (na skraju lasu taki krzyż). Kilka kilometrów biegniemy lasem. Może tutaj być niezłe błoto.
Gdy strumyk płynie z wolna... można się orzeźwić

Niestety znów pod górę, przez pola

Gdy miniemy pola, wbiegamy do lasu. Po lewej stronie zobaczymy taki krzyż

Całkiem przyjemny odcinek przez piękny las

Gdyby nie to błoto...
Wreszcie docieramy do ogromnej polany. Jeśli będzie mgła lub nikogo nie będzie przed nami – możemy mieć problemy z nawigacją, bo nie ma zbyt wielu drzew, gdzie można by wymalować znaki szlaku. Mnie przydał się tu kompas. Mniej więcej na środku polany jest szczyt o wysokości 666 m n.p.m. ;) Mnie ta polana dość zmęczyła, ale pewnie dlatego, że to była końcówka.

Najpierw biegniemy obok odgrodzonych pastwisk

Polana jest bardzo ładna. Mnie jednak zmęczyła...

Szczyt 666 m n.p.m. Tu odbijamy nieco w lewo

Łąki ciągną się i ciągną...

Wreszcie wbiegamy w las. Momentami jest rzadki, przechodzący w kępy krzaków

Wbiegamy do lasu. Jesteśmy już naprawdę blisko końca! Szlak czerwony przecina ścieżkę dydaktyczną. Na sam koniec jest ostry zbieg w dół. I dobiegamy do asfaltu. Nie wiem gdzie planowana jest meta. Jeśli w centrum Komańczy to czeka nas jeszcze zbieg asfaltem i potem kilkaset metrów w prawo też asfaltem. Na mnie przy zakończeniu ścieżki czekała moja ekipa, więc i ja zakończyłam swój bieg.

Jeśli zobaczymy tablice ścieżki edukacyjnej, to znaczy, że za chwileczkę będzie meta.

Czy może być milszy napis na koniec biegu?

Ścieżka przez las prowadzi w dół, ostatni kawałek jest bardzo stromy

Tego dnia przebiegłam około 40 km - z Rymanowa do Komańczy. Ufff

I cudowne spotkanie na dole :)

Jeśli meta będzie w samej Komańczy to jeszcze tylko kawałek asfaltem


Moje wnioski przed Ultrałemkowyną:
- Trasa jest bardzo ładna i warto się wybrać na październikowy bieg, w szczególności, że to pierwsza edycja.
- Trzeba uważać na znaki szlaku. Najlepiej wybrać się na zwiady, albo chociaż przestudiować wcześniej mapę. Momentami szlak nie jest ewidentny.
- Jeśli wcześniej popada deszcz, błoto może być jednym z głównych wrogów i opóźni wszystkim czasy
- Beskid Niski jest niski. Ale jednak są to góry. W szczególności, że bieg odbędzie się pod koniec października. Może nam się trafić upał, ale równie dobrze pogoda może być paskudna. Może być wiatr, lodowaty deszcz, a nawet śnieg. Kto biegnie – niech weźmie ze sobą ciepłe ciuchy. Łącznie z czapkami, rękawiczkami itd.
- Sprawdźcie wodoodporność swoich plecaków. Wydawało mi się, że mój plecak jest wodoszczelny… W konsekwencji przeniosłam przez góry bluzę nasiąkniętą wodą…
- Nawet jeśli nie będzie zimno, moim zdaniem dobrym pomysłem jest zabranie długich spodni – często biegnie się zarośniętą ścieżką – przez jeżyny, pokrzywy i inne chaszcze.
- Nie sugerujcie się zbytnio turystycznymi oznaczeniami ile czasu zajmuje dojście do danego miejsca. Na początku wyliczyłam sobie, że biegnę 3 razy szybciej niż napisane na tabliczce, ale potem to się już nie sprawdzało.
- Trasa jest mniej wymagająca pod względem ukształtowania terenu niż np. Rzeźnik. Jednak ze względu na pogodę, błoto i chaszcze bieg wcale nie musi być taki łatwy. Wolniejsi biegacze (tacy jak ja) muszą sobie odpowiednio rozplanować siły, żeby pomieścić się w limitach czasowych.
- Wniosek wyciągnięty z Biegu Rzeźnika: każdy krok do przodu to krok bliżej mety. Nawet jeśli jesteśmy zmęczeni – lepiej iść, niż siedzieć i odpoczywać. Szczególnie, jeśli będzie chłodno – odpoczynki mogą wychładzać i spowodować więcej utraty energii. Na punktach odżywczych również nie warto tracić czasu na plotki i zbędne siedzenie.


Wszystkim uczestnikom Ultrałemkowyny życzę powodzenia. Mam nadzieję, że komuś się przyda ten opis. Do zobaczenia w Beskidzie Niskim.

sobota, 30 sierpnia 2014

Bieszczady i Beskid Niski czyli obóz wakacyjno-treningowy

Bieszczady to są w ogóle strasznie niebezpieczne góry. Za każdym razem, gdy tu przyjeżdżamy zaczynamy snuć plany o tym, jak to wszystko w Warszawie rzucimy i przeniesiemy się właśnie tu. Jak wracamy to zaliczamy małą depresyjkę, a po kilku dniach warszawski wir obowiązków znów nas wciąga - aż do kolejnego wyjazdu w Bieszczady.
Wsi spokojna, wsi wesoła...

Bieszczady - tutaj wolniej płynie czas...
Ale póki co, biegam górskimi ścieżkami wyobrażając sobie, że to moje sąsiedztwo. Biega się tu super. Powietrze rześkie, chłodne i soczyste. Widoki zupełnie nowe. W Bieszczadach wbiegam na Okrąglik – dwugodzinna przebieżka. I zaliczam kilka krótkich biegów. Poza tym są spacery z wózkiem i nieco dłuższe wycieczki z Zosią w nosidle.
Bieg z przeszkodami - przez łopian
Na szczycie Okrąglika
Na jednej z wycieczek
Odpoczynek w czasie wędrówki

Po kilku dniach przenosimy się w Beskid Niski. Chociaż ceny działek są tu jeszcze niższe niż w Bieszczadach – opuszcza nas powoli chęć wyrwania się z miasta. Uff  Można się skupić na normalnym odpoczywaniu… Oczywiście poza spędzeniem czasu z rodziną, jednym z celów jest poznanie trasy biegu Ultrałemkowyna, który odbędzie się pod koniec października właśnie w Beskidzie Niskim. Ale o tym w kolejnym wpisie. 
Cerkiew w Chyrowej - tu będzie start Ultrałemkowyny


niedziela, 10 sierpnia 2014

Jak schudnąć po ciąży?

Wiele dziewczyn zastanawia się jak po urodzeniu dziecka wrócić do dawnego wyglądu. Z prawie już półtorarocznej perspektywy postanowiłam napisać kilka swoich spostrzeżeń i sformułować coś w stylu porad.

CIĄŻA
W czasie ciąży każdej kobiecie przybywa kilogramów i jest to raczej powód do zadowolenia niż zmartwienia. Ciąża to z pewnością nie jest moment na diety czy odchudzanie. Moim zdaniem najlepiej się nie przejmować, że przytyło się tak straaaaasznie dużo. Mamy w sobie nie tylko młodzież, ale również całą aparaturę, która pozwala jej funkcjonować. I nie ma co się porównywać do innych. Organizmy są różne - jedne dziewczyny bardzo tyją, inne prawie wcale. Ja powiększyłam się o 17 kilogramów. Znam takie dziewczyny, które przytyły 6 kg i takie co niemal 30 kg. Reguły nie ma.

Nie oznacza to jednak, że można się obżerać. hasła typu: "w ciąży trzeba jeść podwójnie" lub "ten posiłek zje dzidziuś, a nie ty" odchodzą już do lamusa. Powinniśmy odżywiać się po prostu rozsądnie - regularnie (małe, ale częste posiłki) i różnorodnie. I najlepiej słuchać organizmu - jeśli na coś nie mamy ochoty - nie wymuszać w siebie, jeśli mamy mamy na coś ochotę - dogadzajmy sobie (w granicach rozsądku ;)).
Również aktywność fizyczna jest ważna. Coraz bardziej popularne stają się zajęcia sportowe dla pań w ciąży. A i coraz więcej lekarzy zaleca ruch. Z pewnością jeśli zadbamy o siebie w czasie ciąży - będzie nam łatwiej po porodzie wrócić do formy.
Rzecz jasna, nie można przegiąć i uprawiać sporty, które nie zaszkodzą ciąży. Nie można też przesadzać z intensywnością. Moim zdaniem spacery i pływanie oraz gimnastyka dla dziewczyn w ciąży są bardzo dobre. Ja w ciąży biegałam, ale bardzo delikatnie i raczej nie polecałbym komuś, kto jeszcze nigdy nie biegał.
Jeśli będziemy się ruszać nawet 15-20 minut dziennie to jest to lepsze niż totalny bezruch. Po aktywnej ciąży można potem stopniowo zwiększać intensywność ćwiczeń. Jeśli przez 9 miesięcy nic nie będziemy robić - organizm może się zdziwić jeśli nagle każemy mu ruszyć się z kanapy.


Za kilka dni rozpączkowanie.


PORÓD
Poród to wielkie wydarzenie i wielki wysiłek. Znam dziewczynę, która wróciła z noworodkiem ze szpitala do domu i stwierdziła, że waży tyle co przed ciążą. Farciara! O tym jak to nie ma reguły i nie zawsze jest sprawiedliwie świadczy choćby to, że mój poród trwał dłuuuugo i zakończył się cesarskim cięciem.A potem, z pewną grozą, stwierdziłam po powrocie ze szpitala z malutką Zosią, że w czasie porodu ubyło mi tylko cztery czy pięć kilogramów. Aaaa!
Niektórym powrót do poprzedniej wagi zajmuje kilka tygodni, niektórym kilka lat. Część dziewczyn nigdy nie wraca do swojej wagi, część staje się szczuplejsza niż kiedyś. Tu też nie ma reguły. Zaraz po porodzie raczej nie ma sensu lecieć na siłownię! Nasze ciała potrzebują czasu, żeby odpocząć po ciąży i porodzie i by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Ogólnie przyjmuje się, że 6 tygodni po porodzie to połóg i jest to czas kiedy możemy sobie polegiwać. Po moim cesarskim cięciu czułam się bardzo słabo. Ale z każdym dniem było coraz lepiej. Każdy też sam poczuje zew natury i moment, kiedy będzie mieć siłę trochę zawalczyć z wagą.


Od kilku minut na tym świecie, a już się uśmiecha ;)

ZRZUCAMY
Kiedy i jak je zrzucić?
Moim zdaniem trzeba dać sobie czas. Nie nastawiajmy się, że wkrótce po porodzie będziemy wyglądać wspaniale. Możemy jednak powolutku zacząć działać.
Oto kilka rad, wśród których nie usłyszycie nic nowego. Nie będzie tu cudów. Żadnych wspaniałych diet czy niezwykłych treningów, które sprawią, że rzucisz " szokująco dużo kg w szokująco mało dni". Mimo to piszę, bo kilka dziewczyn pytało.

1. Spacery
Prędzej czy później zaczniemy wychodzić z dzieckiem na spacery. To jest według mnie najlepsza forma aktywności gdy dziecko jest małe. Nie trzeba się z nim rozstawać, a przy okazji spalamy kalorie.
Moje pierwsze spacery to było powolne człapanie. Z czasem jednak chodziłam coraz szybciej, a potem nawet trochę podbiegałam i zaczęłam robić marszobiegi. Godzina spaceru szybkim marszem to spory wysiłek i jeśli robimy to regularnie - powinno nam się udać uda zrzucić kilka kilogramów. 
Pierwszy spacer z Zosią
2. Sport po ciąży
Cudów nie ma - jeśli za dużo ważymy to albo za dużo jemy albo za mało się ruszamy. Warto więc wrócić do dawniej uprawianego sportu albo zacząć coś nowego. Ja akurat lubię biegać. Lubię też rower i wspinaczkę, ale na to nie starcza mi niestety czasu. Bieganie jest super, bo można połączyć trening ze spacerem (bieg z wózkiem). Jeśli nie lubisz biegania, można też jeździć na rolkach z wózkiem. Najłatwiej robić ćwiczenia gimnastyczne czy taneczne w domu gdy np. dziecko śpi. Jeśli Twój sport wymaga zostawienia dziecka z kimś - może być to logistycznie trudniejsze do zorganizowania, ale wszystko jest możliwe. Inwencja należy do Ciebie! Łatwe do powiedzenia, ale trudne w realizacji: regularność ćwiczeń jest ważna jeśli chcemy się pozbyć kilogramów. Na prawdę ruszajmy się - nie tylko dla wagi, ale dla lepszego samopoczucia, dla oddechu od innych spraw.
Pierwsze zawody Zosi, która ma równo 6 tygodni.

3. Dieta
Tu cudów też nie będzie...
Niby każdy to wie, ale jak przychodzi co do czego to jakoś się dziwnie zapomina. Trzeba jeść regularnie, nie jeść wieczorem, odrzucić najbardziej przetworzone produkty, słodycze, napoje gazowane itd. 
Ja po ciąży nie stosowałam żadnej konkretnej diety. Pomogło mi  sporo to, że zaczęłam spędzać więcej czasu w domu i większość jedzenia zaczęliśmy przygotowywać sami. Ogólnie jednak na mnie chyba najbardziej podziałało bieganie, a nie ograniczenie jedzenia (bo potrafię być niezłym obżartuchem ;) ).
Czy wybierzesz dietę z książki czy po prostu będziesz starać się zdrowo odżywiać - ważne by nie chudnąć zbyt szybko. Wszystko przyjdzie z czasem!




4. Jest jeszcze jedna rzecz, poza ograniczeniem posiłków i zwiększeniem aktywności, dzięki której łatwiej wrócić do poprzedniej wagi.. Karmienie piersią. A przynajmniej według lekarzy  i wszelkich książek tak powinno być. Osobiście nie jestem tego w stanie stwierdzić - z jednej strony Zosia piła mleko litrami, a z drugiej - ja miałam ogromną ochotę na słodycze. Potrafiłam zjeść paczkę herbatników dziennie! Zastanawiam się czy te herbatniki miały uzupełnić zapas "paliwa" spowodowany  produkcją mleka? Z pewnością naturalne karmienie jest dobre dla dziecka, a jeśli i nam ma to pomoc to wspaniale!


Na koniec. Najważniejsze w ciąży jest to, że będziemy mieć dziecko (wow, to wymyśliłam!), a nie to czy będziemy wyglądać tak czy inaczej. Czy jesteś taka czy owaka dla Twojego dziecka jesteś najwspanialszą Mamą ;)


Ha! To nie było pozowane. Na serio obie śpimy.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Łysogóry, czyli tam i z powrotem


Budzę się... Rany! Za 10 minut zbiórka! Dobrze, że jesteśmy umówione pod moim domem i że wszystko mam już przygotowane - łącznie z kanapkami na śniadanie.
Nasza - moja i Zosi - podróż tam i z powrotem to dojazd w Góry Świętokrzyskie, do św. Katarzyny, a następnie bieg na Łysą Górę i z powrotem do Św. Katarzyny. I rzecz jasna powrót do Warszawy.
Góry Świętokrzyskie (część,
przez którą biegłyśmy to Łysogóry) to chyba najbliżej Warszawy położone góry i warto w wolny weekend wybrać się tam na dłuższe wybieganie. Poniżej będzie kilka praktycznych informacji.

Gdy dojeżdżamy - jest już gorąco. Szybkie przebranie się, zapakowanie picia i żeli i jesteśmy na trasie. 
Biegniemy cały czas czerwonym szlakiem. Pierwszy odcinek to około 1,5 kilometra stromego podbiegu po kamieniach na Łysicę, najwyższy szczyt gór Świętokrzyskich (612 m n. p. m). To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Na szczycie jest sporo turystów; potem na szlaku z rzadka kogoś spotykamy. 

Na szczycie Łysicy
Następnie biegniemy łagodnie w dół.  Jest przyjemnie, bo trasa wiedzie przez las. Po krótkiej chwili dobiegamy do kapliczki św. Mikołaja. Teraz zbiegamy znów w dół, nieco stromiej, aż zbiegamy do wsi Kakonin. Szkoda, bo teraz zacznie się długi odcinek pod lasem, ale jednak na słońcu. Na tym odcinku odczuwamy pierwsze zmęczenie. Na tym etapie trzeba uważać, by nie zgubić szlaku. Trzeba poruszać się drogą, lecz nie przegapić dość mało widocznego odbicia z drogi na ścieżkę przez łąki.

Na trasie jest sporo bardzo wygodnych kładek
Wciąż skrajem lasu, przeskakując przez liczne kałuże błota i strumyki, dobiegamy do wsi Podłysica. Przebiegamy obok karczmy, a zapachy pysznych potraw przypominają mi, że jestem dość głodna i wciągam pierwszy żel. Przechodzimy przez drewnianą bramę i w ten sposób docieramy do Szklanej Huty. Przebiegamy przez nagrzaną od słońca wieś. Przed nami pozostała asfaltowa droga na szczyt Łysej Góry i do Świętego Krzyża. Jest stromo i rezygnujemy z biegu na rzecz odpoczynkowego marszu.

Św. Krzyż czyli cel naszej wędrówki, a raczej biegu
Na górze robimy kilka zdjęć i kupujemy wodę. Pić chce się potwornie, bo temperatura sięga pewnie około 30 stopni. Próbuję zjeść drugi żel, ale jest okropnie słodki i kwaśny i wyrzucam go do kosza (próbuję różne żele, mam nadzieję, że za jakiś czas opublikuję ich ranking).

W lesie jest przyjemnie, bo jest cień
Czas na powrót. Łatwo zbiega się asfaltem i nadrabiamy trochę czasu. Jednak upał i zmęczenie dają się we znaki i coraz częściej bieg przeplatamy marszem. Gdy docieramy do Kakonina rzucamy się na kupioną w sklepie wodę i soki. Obu nam już jakiś czas temu skończyły się zapasy picia. Mam dziwne uczucie z jednej strony ogromnego pragnienia, z drugiej – przepełnionego piciem żołądka. Siadamy z sokami na ławeczce i w ten sposób niezwykle miło tracimy kilka minut.

Kilka minut lenistwa w Kakoninie
Przed nami najmozolniejszy odcinek – podejście do św. Mikołaja i następnie na Łysicę. Zbiegało się tu w trymiga, ale powrót w tym upale dłuży się i ze zniecierpliwieniem staram się dopatrzeć charakterystycznego krzyża na Łysicy. Przestajemy nawet plotkować :) . Uff. Jest! Teraz już tylko stromy zbieg na dół! Po chwili moczymy się w źródełku na początku szlaku. Woda jest zimna i wspaniała.

Światło w tunelu :)
Wychodzi trochę ponad 30 km (dokładnie  nie wiemy; obliczenia oscylują miedzy 30,3 a 32,5).
Zajęło nam to około 4 godzin i 45 minut. Tempo może niezbyt porywające, ale:
1. Był upał
2. Było dużo błota
3. Góry niskie, ale jednak góry. A zatem nieco przewyższeń było.
4. Nie miałyśmy ogromnych ambicji, by wykręcić nie wiadomo jaki czas.


Picie! Królestwo za picie!

Informacje praktyczne:
Dojazd samochodem z Warszawy (przez Radom, Suchedniów i Bodzentyn).
Około 180 km. Zależnie od warunków na drodze: 2-3,5 godziny jazdy.
W Św. Katarzynie można zostawić samochód przy ulicy lub bezpiecznie na parkingu (5 zł).
W Św. Katarzynie jest knajpka (nie byłam nigdy) oraz sklep spożywczy.
Po drodze jest malutki sklepik przy samym szlaku w Kakoninie (pewnie dalej od szlaku znajdzie się większy sklep). Sklep jest też w Szklanej Hucie. W Podłysicy przy szlaku jest karczma. W Św. Krzyżu są niewielkie sklepiki (chyba okresowo czynne).
W Szklanej Hucie jest przystanek PKS (jakby co…)
Opcje wydłużenia trasy: z pewnością poza Łysogórami można by przebiec dodatkowo Pasmo Klonowskie (na NE od Łysogór) oraz Pasmo Jeleniowskie (na SW od Łysogór). W jedną stronę wyjdzie ponad 50 kilometrów urozmaiconej trasy.
św. Krzyż

PS1. Ogromne podziękowania dla Zosi za tak miło spędzony czas.
PS2. Przy okazji, pobiłam swój rekord, zupełnie niebiegowy. Pierwszy raz przejechałam (jako kierowca) tak długi odcinek jednego dnia.

czwartek, 31 lipca 2014

Ile wydać na bieganie?


Definitywnie przyszedł czas, by kupić kilka rzeczy do biegania.
Moje buty - chyba trzyletnie staruszki - od dawna wołały o 
emeryturę. Miałam im dać spokój przed maratonem wiosną. A jeszcze dały radę pobiec ze mną to i owo i nawet Rzeźnika.
Moje spodenki, używane od ładnych kilku lat, pruły się w szwach i ostatnie tygodnie biegałam z bardzo nieładną dziurą.
Stanik biegowy - postrzępiony.
Skarpetki biegowe - poprzecierane (często zakładam najzwyklejsze skarpetki, ale na zawody czy dłuższe biegi wolę takie biegowe - mam wtedy pewność że materiał się nie zroluje i bieg nie skończy się obtartymi stopami).
Zaczęłam przypominać sobie co kiedy kupiłam, ile coś ma lat i ile w zasadzie wydaję na bieganie.



Przez lata zbiera się trochę tych fatałaszków
Patrząc na niektórych biegaczy można odnieść wrażenie, że na bieganie, nawet takie amatorskie, trzeba wydać fortunę. Zaczynając od kilku par butów biegowych dostosowanych do rozmaitych warunków (na zimę, na lato, na asfalt, na biegi górskie itd.), przez skarpety (w tym oczywiście) kompresyjne, różnego rodzaju spodenki, koszulki, bluzki, bluzy, kurtki, a także rękawiczki, czapki, czapeczki, kończąc na rozmaitych gadżetach (zegarki, pulsometry, saszetki, plecaczki, bidony) i inne bajery, o których nawet nie pomyślałam – z pewnością można wydać ładnych kilka tysięcy. Jeśli ktoś jeszcze dba nie tylko o jakość ale i o stajl i dostosowanie wszystkich elementów do najnowszych trendów kolorystycznych i dizajnerskich – ooo, to jeszcze dochodzi spora logistyka i latanie po sklepach.


buty buty buty

Ale czy to potrzebne?
Co kto lubi. Muszę przyznać, że nie jestem z tych kobiet, które latają po sklepach z ciuchami zaaferowane wielkimi napisami „sale”, nie kupuję kolorowych pisemek z modą, nie śledzę żadnych trendów. Kupuję to co potrzebuję, a potrzebuję raczej niewiele. To samo dotyczy biegania. No dobra, a ile konkretnie wydałam na ciuchy biegowe?
Proszę bardzo:
Biegam mniej lub bardziej regularnie od 2008 roku. Od tamtej pory, nie licząc zakupów w ostatnim tygodniu, na bieganie nie wydałam więcej niż 500 zł (nie liczę tu w ogóle pakietów startowych, pieniędzy przeznaczonych na izotoniki, batoniki, żele itd.)


Moje stare asiksy
Lecimy po kolei:
W 2008 roku kupiłam pierwsze buty biegowe (około 200 zł). Kolejne trzy pary dostałam w zamian za recenzje na blogu.
Spodenki biegowe kupiłam chyba też w 2008 (to te co się teraz spruły). Były na przecenie w Decathlonie (około 40 zł). Jedne spodenki (używane nieco) dostałam od koleżanki (przestała się w nie mieścić), niestety potem gdzieś mi się te zgubiły. Kolejne dwie pary spodni (tym razem długich) zaanektowałam panu JK. Najpierw pożyczyłam raz, drugi i jakoś już tak zostało... (JK - przebaczysz?)
Skarpetki - dwie pary dostałam w prezencie, jedną kupiłam w Intersporcie (50 zł).
Staniki biegowe. Miałam dwa w swojej historii. Pierwszy kupiłam za jakieś 80 zł, ale gdzieś mi się zapodział. Drugi (ten co teraz jest dziurawy) służy już od kilku lat i kosztował około 40 zł.
Koszulek nie kupuję - mam ich pełno z rozmaitych biegów. Jedną koszulkę (taka z napisem sportowa mama) nabyłam w ramach zbiorowej akcji blogaczy (50 zł).
Nigdy nie biegałam w bluzie czy kurtce biegowej. Zakładam po prostu starą bluzę i koniec.
To samo z rękawiczkami i czapkami.
Zegarki - najpierw jeden zwykły, a potem taki z gps-em dostałam w prezencie od JK.
To samo z plecakiem z camelbak - od JK.


Moje nowe bruksy


Dobrze, przyznaję, gdyby nie JK wydałabym ze 3 razy więcej. Tak naprawdę myślę jednak, że wiele do biegania nie potrzeba. Jedyna rzecz, na której nie warto szczególnie oszczędzać to buty. Niektóre rzeczy są bardzo przydatne (np. Camelbak na długich biegach). Przy  bardziej wyrafinowanych planach treningowych przydaje się zegarek z gps-em. Wiele ciuchów daje komfort i wygodę. Ale można powiedzieć, że bez tego wszystkiego można się obyć.
Ok, to teraz się pochwalę moimi ostatnimi zakupami.
Kupiłam buty biegowe Aduro firmy Brooks (280 zł). Przebiegłam w nich już Bieg Powstania i kilka treningów. Są całkiem wygodne i nieźle trzymają moją chybotliwą stopę w pionie.
Poza tym w Decathlonie nabyłam: spodenki biegowe, skarpetki, stanik i lekką czapkę z daszkiem (wszystko marka Kalenji/Decathlon). Łącznie: około 150 zł.

Starczy na kilka lat?

A Wy ile wydajecie na bieganie?