niedziela, 3 sierpnia 2014

Łysogóry, czyli tam i z powrotem


Budzę się... Rany! Za 10 minut zbiórka! Dobrze, że jesteśmy umówione pod moim domem i że wszystko mam już przygotowane - łącznie z kanapkami na śniadanie.
Nasza - moja i Zosi - podróż tam i z powrotem to dojazd w Góry Świętokrzyskie, do św. Katarzyny, a następnie bieg na Łysą Górę i z powrotem do Św. Katarzyny. I rzecz jasna powrót do Warszawy.
Góry Świętokrzyskie (część,
przez którą biegłyśmy to Łysogóry) to chyba najbliżej Warszawy położone góry i warto w wolny weekend wybrać się tam na dłuższe wybieganie. Poniżej będzie kilka praktycznych informacji.

Gdy dojeżdżamy - jest już gorąco. Szybkie przebranie się, zapakowanie picia i żeli i jesteśmy na trasie. 
Biegniemy cały czas czerwonym szlakiem. Pierwszy odcinek to około 1,5 kilometra stromego podbiegu po kamieniach na Łysicę, najwyższy szczyt gór Świętokrzyskich (612 m n. p. m). To najtrudniejszy odcinek na całej trasie. Na szczycie jest sporo turystów; potem na szlaku z rzadka kogoś spotykamy. 

Na szczycie Łysicy
Następnie biegniemy łagodnie w dół.  Jest przyjemnie, bo trasa wiedzie przez las. Po krótkiej chwili dobiegamy do kapliczki św. Mikołaja. Teraz zbiegamy znów w dół, nieco stromiej, aż zbiegamy do wsi Kakonin. Szkoda, bo teraz zacznie się długi odcinek pod lasem, ale jednak na słońcu. Na tym odcinku odczuwamy pierwsze zmęczenie. Na tym etapie trzeba uważać, by nie zgubić szlaku. Trzeba poruszać się drogą, lecz nie przegapić dość mało widocznego odbicia z drogi na ścieżkę przez łąki.

Na trasie jest sporo bardzo wygodnych kładek
Wciąż skrajem lasu, przeskakując przez liczne kałuże błota i strumyki, dobiegamy do wsi Podłysica. Przebiegamy obok karczmy, a zapachy pysznych potraw przypominają mi, że jestem dość głodna i wciągam pierwszy żel. Przechodzimy przez drewnianą bramę i w ten sposób docieramy do Szklanej Huty. Przebiegamy przez nagrzaną od słońca wieś. Przed nami pozostała asfaltowa droga na szczyt Łysej Góry i do Świętego Krzyża. Jest stromo i rezygnujemy z biegu na rzecz odpoczynkowego marszu.

Św. Krzyż czyli cel naszej wędrówki, a raczej biegu
Na górze robimy kilka zdjęć i kupujemy wodę. Pić chce się potwornie, bo temperatura sięga pewnie około 30 stopni. Próbuję zjeść drugi żel, ale jest okropnie słodki i kwaśny i wyrzucam go do kosza (próbuję różne żele, mam nadzieję, że za jakiś czas opublikuję ich ranking).

W lesie jest przyjemnie, bo jest cień
Czas na powrót. Łatwo zbiega się asfaltem i nadrabiamy trochę czasu. Jednak upał i zmęczenie dają się we znaki i coraz częściej bieg przeplatamy marszem. Gdy docieramy do Kakonina rzucamy się na kupioną w sklepie wodę i soki. Obu nam już jakiś czas temu skończyły się zapasy picia. Mam dziwne uczucie z jednej strony ogromnego pragnienia, z drugiej – przepełnionego piciem żołądka. Siadamy z sokami na ławeczce i w ten sposób niezwykle miło tracimy kilka minut.

Kilka minut lenistwa w Kakoninie
Przed nami najmozolniejszy odcinek – podejście do św. Mikołaja i następnie na Łysicę. Zbiegało się tu w trymiga, ale powrót w tym upale dłuży się i ze zniecierpliwieniem staram się dopatrzeć charakterystycznego krzyża na Łysicy. Przestajemy nawet plotkować :) . Uff. Jest! Teraz już tylko stromy zbieg na dół! Po chwili moczymy się w źródełku na początku szlaku. Woda jest zimna i wspaniała.

Światło w tunelu :)
Wychodzi trochę ponad 30 km (dokładnie  nie wiemy; obliczenia oscylują miedzy 30,3 a 32,5).
Zajęło nam to około 4 godzin i 45 minut. Tempo może niezbyt porywające, ale:
1. Był upał
2. Było dużo błota
3. Góry niskie, ale jednak góry. A zatem nieco przewyższeń było.
4. Nie miałyśmy ogromnych ambicji, by wykręcić nie wiadomo jaki czas.


Picie! Królestwo za picie!

Informacje praktyczne:
Dojazd samochodem z Warszawy (przez Radom, Suchedniów i Bodzentyn).
Około 180 km. Zależnie od warunków na drodze: 2-3,5 godziny jazdy.
W Św. Katarzynie można zostawić samochód przy ulicy lub bezpiecznie na parkingu (5 zł).
W Św. Katarzynie jest knajpka (nie byłam nigdy) oraz sklep spożywczy.
Po drodze jest malutki sklepik przy samym szlaku w Kakoninie (pewnie dalej od szlaku znajdzie się większy sklep). Sklep jest też w Szklanej Hucie. W Podłysicy przy szlaku jest karczma. W Św. Krzyżu są niewielkie sklepiki (chyba okresowo czynne).
W Szklanej Hucie jest przystanek PKS (jakby co…)
Opcje wydłużenia trasy: z pewnością poza Łysogórami można by przebiec dodatkowo Pasmo Klonowskie (na NE od Łysogór) oraz Pasmo Jeleniowskie (na SW od Łysogór). W jedną stronę wyjdzie ponad 50 kilometrów urozmaiconej trasy.
św. Krzyż

PS1. Ogromne podziękowania dla Zosi za tak miło spędzony czas.
PS2. Przy okazji, pobiłam swój rekord, zupełnie niebiegowy. Pierwszy raz przejechałam (jako kierowca) tak długi odcinek jednego dnia.

czwartek, 31 lipca 2014

Ile wydać na bieganie?


Definitywnie przyszedł czas, by kupić kilka rzeczy do biegania.
Moje buty - chyba trzyletnie staruszki - od dawna wołały o 
emeryturę. Miałam im dać spokój przed maratonem wiosną. A jeszcze dały radę pobiec ze mną to i owo i nawet Rzeźnika.
Moje spodenki, używane od ładnych kilku lat, pruły się w szwach i ostatnie tygodnie biegałam z bardzo nieładną dziurą.
Stanik biegowy - postrzępiony.
Skarpetki biegowe - poprzecierane (często zakładam najzwyklejsze skarpetki, ale na zawody czy dłuższe biegi wolę takie biegowe - mam wtedy pewność że materiał się nie zroluje i bieg nie skończy się obtartymi stopami).
Zaczęłam przypominać sobie co kiedy kupiłam, ile coś ma lat i ile w zasadzie wydaję na bieganie.



Przez lata zbiera się trochę tych fatałaszków
Patrząc na niektórych biegaczy można odnieść wrażenie, że na bieganie, nawet takie amatorskie, trzeba wydać fortunę. Zaczynając od kilku par butów biegowych dostosowanych do rozmaitych warunków (na zimę, na lato, na asfalt, na biegi górskie itd.), przez skarpety (w tym oczywiście) kompresyjne, różnego rodzaju spodenki, koszulki, bluzki, bluzy, kurtki, a także rękawiczki, czapki, czapeczki, kończąc na rozmaitych gadżetach (zegarki, pulsometry, saszetki, plecaczki, bidony) i inne bajery, o których nawet nie pomyślałam – z pewnością można wydać ładnych kilka tysięcy. Jeśli ktoś jeszcze dba nie tylko o jakość ale i o stajl i dostosowanie wszystkich elementów do najnowszych trendów kolorystycznych i dizajnerskich – ooo, to jeszcze dochodzi spora logistyka i latanie po sklepach.


buty buty buty

Ale czy to potrzebne?
Co kto lubi. Muszę przyznać, że nie jestem z tych kobiet, które latają po sklepach z ciuchami zaaferowane wielkimi napisami „sale”, nie kupuję kolorowych pisemek z modą, nie śledzę żadnych trendów. Kupuję to co potrzebuję, a potrzebuję raczej niewiele. To samo dotyczy biegania. No dobra, a ile konkretnie wydałam na ciuchy biegowe?
Proszę bardzo:
Biegam mniej lub bardziej regularnie od 2008 roku. Od tamtej pory, nie licząc zakupów w ostatnim tygodniu, na bieganie nie wydałam więcej niż 500 zł (nie liczę tu w ogóle pakietów startowych, pieniędzy przeznaczonych na izotoniki, batoniki, żele itd.)


Moje stare asiksy
Lecimy po kolei:
W 2008 roku kupiłam pierwsze buty biegowe (około 200 zł). Kolejne trzy pary dostałam w zamian za recenzje na blogu.
Spodenki biegowe kupiłam chyba też w 2008 (to te co się teraz spruły). Były na przecenie w Decathlonie (około 40 zł). Jedne spodenki (używane nieco) dostałam od koleżanki (przestała się w nie mieścić), niestety potem gdzieś mi się te zgubiły. Kolejne dwie pary spodni (tym razem długich) zaanektowałam panu JK. Najpierw pożyczyłam raz, drugi i jakoś już tak zostało... (JK - przebaczysz?)
Skarpetki - dwie pary dostałam w prezencie, jedną kupiłam w Intersporcie (50 zł).
Staniki biegowe. Miałam dwa w swojej historii. Pierwszy kupiłam za jakieś 80 zł, ale gdzieś mi się zapodział. Drugi (ten co teraz jest dziurawy) służy już od kilku lat i kosztował około 40 zł.
Koszulek nie kupuję - mam ich pełno z rozmaitych biegów. Jedną koszulkę (taka z napisem sportowa mama) nabyłam w ramach zbiorowej akcji blogaczy (50 zł).
Nigdy nie biegałam w bluzie czy kurtce biegowej. Zakładam po prostu starą bluzę i koniec.
To samo z rękawiczkami i czapkami.
Zegarki - najpierw jeden zwykły, a potem taki z gps-em dostałam w prezencie od JK.
To samo z plecakiem z camelbak - od JK.


Moje nowe bruksy


Dobrze, przyznaję, gdyby nie JK wydałabym ze 3 razy więcej. Tak naprawdę myślę jednak, że wiele do biegania nie potrzeba. Jedyna rzecz, na której nie warto szczególnie oszczędzać to buty. Niektóre rzeczy są bardzo przydatne (np. Camelbak na długich biegach). Przy  bardziej wyrafinowanych planach treningowych przydaje się zegarek z gps-em. Wiele ciuchów daje komfort i wygodę. Ale można powiedzieć, że bez tego wszystkiego można się obyć.
Ok, to teraz się pochwalę moimi ostatnimi zakupami.
Kupiłam buty biegowe Aduro firmy Brooks (280 zł). Przebiegłam w nich już Bieg Powstania i kilka treningów. Są całkiem wygodne i nieźle trzymają moją chybotliwą stopę w pionie.
Poza tym w Decathlonie nabyłam: spodenki biegowe, skarpetki, stanik i lekką czapkę z daszkiem (wszystko marka Kalenji/Decathlon). Łącznie: około 150 zł.

Starczy na kilka lat?

A Wy ile wydajecie na bieganie?


niedziela, 27 lipca 2014

Dzidzia chora, mama niewyspana. Czyli Bieg Powstania.

Dzidzia chora
Od wtorku Zosia ma anginę. Gorączka, brak apetytu, płacze w nocy. Biedulka męczy się. A my razem z nią – chodzimy półprzytomni. Nosimy na rękach, lulamy, starając się w międzyczasie popracować.
Od wtorku nie za bardzo spałam. Wtorkowy i czwartkowy trening zrobiłam „na odwal się”. Ze zmęczenia.

Bieg Powstania
Tak więc na Bieg Powstania pojechałam półprzytomna.
Nie chciałam się jakoś szczególnie nadstawiać na konkretny wynik, bo za bardzo się wtedy spinam i wychodzi gorzej niż gdy biegnę na luzie (o maratońskiej porażce tu). Ostatnio na dychę biegłam w Ekidenie wówczas miałam 52:33. Pomyślałam, że pomimo zmęczenia powinno się udać pobiec poniżej 52 minut. A gdyby udało się złamać 50 minut to już w ogóle byłaby rewelka.
Tuż przed startem z Rączymi Pomrowami

Przed biegiem spotkałam sporo znajomych, a rozmowy nieco mnie rozbudziły.
Zaczęłam z Rączymi Pomrowami, ale dość szybko się rozdzieliliśmy. Pomimo sporego tłumu (ponad 5 tysięcy uczestników na dystansie 10 km) organizatorzy jak zwykle poradzili sobie ze strefami i nie było wielkich zastojów. Inna sprawa, że sporo osób ustawiało się w strefie na 40 minut, a potem biegło na 70 minut. Ale lubię wyprzedzać, więc jest im przebaczone!

Trasę urozmaicały dymy odgłosy wybuchów i wystrzałów, co nie pozwoliło zapomnieć o znaczeniu biegu.
Biegłam cały czas powyżej 5 min/ km. Ale zegarek z gps-em jest w naprawie, wiec nie mogłam zbyt dobrze kontrolować tempa. Postanowiłam biec do ósmego kilometra na luzie, a ewentualnie potem, jeśli byłyby szanse zejść poniżej 50 minut to wtedy przyspidować.
Po 8. kilometrze coś w mojej zmęczonej głowie pochrzaniło się z rachunkami i myślałam, że nie mam szans na 50 minut i nieco odpuściłam. Ale chyba nawet gdybym przyspidowała to nie udałoby się nadrobić 40 sekund straty. Wyszło 50:39 i jestem w sumie całkiem zadowolona.



Mama niewyspana

Pomimo zmęczenia, za metą od razu ruszyłam szybkim krokiem po medal, a do metra już biegłam. Martwiłam się co tam u Zosi. W domu znów – gorączka i płacze. I zamiast odpocząć po biegu nosiłam Zosię pół nocy, aż złapały mnie skurcze bicepsów. Dzidzia zasnęła dopiero o 7 rano. A sportowa mama więcej się zmęczyła w domowej pakerni, nosząc 10 kilogramową Zosię, niż na biegu!

czwartek, 24 lipca 2014

Trenuję z BOR-em

Tak, tak. Chodzę sobie na treningi z BOR-owcami.

A było to tak...

Trzeci już raz w czwartek ćwiczyłam podbiegi i zbiegi na Agrykoli.  Na zdjęciu podbieg wygląda niemal płasko, ale kto tam biegał wie, że 10 podbiegów może dać w kość.
Za każdym razem spotykałam grupkę osób ćwiczącą podbiegi. Moje podejrzenia: że to policjanci, czy coś w tym stylu. Bo sylwetki mieli takie raczej umięśnione, a biegacze to na ogół chudzielce. Poza tym na dole i na górze stali trenerzy ze stoperami. Ale nie byli to trenerzy, których można spotkać np. na bieżni na Agrykoli – ci dużo się uśmiechają, poklepują swoich podopiecznych po ramieniu. A tu – raczej surowe miny.
Podbieg - w tle
Przez dwa czwartki obserwowałam grupkę jak wbiega w niezłym tempie, a potem schodzi ścieżką w dół. Mijaliśmy się co chwila, bo ja biegnę zarówno w górę jak i w dół (zbieganie też moim zdaniem warto ćwiczyć). Tak więc oni wbiegali szybciej, ale ja szybciej zbiegałam. Dziś (czyli trzeci czwartek) moja wścibskość wzięła górę.

 „Ej chłopaki, do czego trenujecie?” – pytam z głupia frant gdy mijamy się w drodze na dół. I sama się sobie dziwię, że ich zagadnęłam. „No z BOR-u jesteśmy”. „Ahaaa” – odpowiedziałam - jakże inteligentnie. „A ty do czego trenujesz?” – jeden z nich pyta. „Eeeee, zrzucam wagę po ciąży” – rzucam. Jezu, to ja powiedziałam?

Przez jakiś ułamek sekundy, kątem oka widziałam ich miny (zdziwienie, powątpiewanie, zawstydzenie) i przez ten ułamek sekundy miałam jakąś dziwną satysfakcję. Hej, po co ja to powiedziałam??? Zaraz zrobiło mi się wstyd. Bo niby chciałabym zrzucić wagę, ale od roku nie schudłam nic a nic. No i ten poród to już trochę dawno był. I tak naprawdę to biegam podbiegi, żeby przygotować się do biegu „Ultrałemkowyna”. Oooo! Nieładnie! Zrobiło mi się wstyd i uciekłam z Agrykoli.

W drodze do domu pomyślałam sobie. Może i dobrze? Jeśli chłopakom zrobiło się odrobinkę głupio (a może wcale nie?), że baba po porodzie ich niemal dogania, to może wezmą się ostrzej do roboty?

To co? Widzimy się w następny czwartek?

niedziela, 20 lipca 2014

Aquathlon - jeziorko Czerniakowskie

Najfajniej jak są jakieś wyzwania, prawda?
Jak już coś się zna to jest nuda. To zadałam sobie nowe zadanie. Zorganizowanie zawodów. Razem z siorą. U nas pod blokiem, żeby nie było za daleko. A że 3 minuty od domu jest jeziorko Czerniakowskie to nic więcej nie trzeba. Pływanie i bieganie się zrobi. O rowerze myślałam, ale logistyka już o wiele trudniejsza i bardziej niebezpiecznie.

Zawody zdecydowanie przez małe "z". Tylko dla znajomych, nieoficjalnie. 600 metrów pływania + 5400 metrów biegu. Mamy radochę z obmyślenia trasy, z przygotowania medali, dyplomów i innych gadżetów.

Zawody w sobotę, a ludzie mieli się zgłaszać do środy. Ale wiadomo jak jest - jeszcze w piątek wieczorem nie wiedziałyśmy czy przyjdzie 8 osób czy może 25? Bo w ostatniej chwil ktoś dzwonił, że przyjdzie albo że jednak odwołuje.

A dwie noce przed Aquathlonem za bardzo nie pospaliśmy z JK, bo Zosi akurat wyrzynają się cztery czwórki na raz. Dawaliśmy czopki przeciwbólowe, ale (czas szybko leci!) okazało się, że czopki, które mamy są dla niemowląt do 5 kg wagi (Zosia to 11 kg żywej wagi), więc za bardzo nie działało. I były płacze i marudzenie.
Wszyscy uczestnicy zawodów

No więc jest trochę nerwów i niewyspanie. Sobota wcześnie rano - wpada siora, żeby rozstawiać trasę. A my jak zwykle w rosole. Zosia obsrała się po pachy, więc trzeba zapanować nad sytuacją. Niby wieczorem wszystko było przygotowane, ale jeszcze okazuje się, że nie ma kartek z napisami "1", "2" i "3", żeby przykleić na podium (które zrobimy ze skrzynek po piwie). Kurcze, flamastry są w gitarze. Gdzie?! No w gitarze. Zosia uwielbia wrzucać do pudła gitary rozmaite przedmioty. Przedwczoraj wrzuciła tam flamastry, ale jakoś nie zdążyłam ich wyciągnąć. Ok, kartki z numerami są. Co prawda taśmy klejącej nie mamy, ale trudno - przyklei się na plaster z apteczki.

Z domu nad jeziorko mamy jakieś 400 metrów, ale mamy tyle klamotów, że jedziemy samochodem. JK i siora idą ustawić boję na jeziorku, a ja z teściem, który będzie sędzią, ustawiamy cały sędziowsko-organizacyjny kram na brzegu.

Schodzą się ludzie. Rysujemy flamastrem numery na łydkach i rękach. Jest odprawa. Kurcze, co za profesjonalizm! W końcu jest nas 10 osób w wodzie. Dwie osoby mają tylko biec. Fajnie. Jak na nasze możliwości - w sam raz. No i dla wszystkich starczy medali (sprawa ta spędziła nam nieco sen z powiek).

Chwila po starcie
Do biegu, gotowi start!
Jaki start? Przez to całe zamieszanie organizacyjne trochę zapomniałam, że ja też startuję. Znaczy się, w ogóle się na to nie nastawiłam psychicznie. Ale spoko, trzeba płynąć. Siora rzecz jasna wyrywa do przodu. Ja przez większość trasy płynę z grupką czterech czy trzech osób. Niby umiem pływać kraulem, ale przez ostatnie dwa lata pływałam tyle co nic. Jakoś kraul zupełnie mi nie idzie i większość dystansu pokonuję żabką.

Na brzegu ktoś marudzi, że miało być 600 metrów, a wyszło prawie 900. O - oł - pierwsza wtopa organizatorów. Ale było przecież OKOŁO, nie? Na kostium zakładam spodenki i koszulkę. Buty. I biegnę. Sama się sobie dziwię, że będąc organizatorem wymyśliłam tak niekorzystny dla siebie dystans! Słabo pływam, a 5 km jest zupełnie nie dla mnie, bo i tak biegnę takim samym tempem co na 10 km. Tak czy owak - fajnie się tu biegnie - to moje rejony i ścieżki w okolicach jeziorka mam w małym palcu. Zastanawiam się czy inni się nie pogubią.

Moje rzuty do celu. Okazuje się, że nie jestem aż tak ślepa jak myślałam!
Dobiegam do mety. Wkrótce reszta. Cieszę się, że wszyscy bez problemów dopłynęli i dobiegli. To było dla mnie najważniejsze - żeby nikomu nic się nie stało (czy ja gadam jak mamuśka??).
Teraz jeszcze skoki w dal tyłem (!!) i rzuty do celu. Druga (drobna) wtopa organizatorska - wiadro, do którego rzucaliśmy piłkami ustawiłyśmy nieco za daleko. Skutek - tylko dwie osoby w ogóle trafiły piłką do wiadra.
Skoki w dal tyłem. Ta konkurencja chyba najbardziej zaskoczyła uczestników!
Jeszcze wręczenie medali, dyplomów i troszkę nagród. Najbardziej cieszę się z tego, że ludzie wydawali się zadowoleni i mieli frajdę. To była mała, ale bardzo udana impreza.

Aaa. Wiadomo po co były nam te zawody - żeby wreszcie stanąć na podium!

Dziękuję bardzo przede wszystkim siorze, a także JK, teściom, Kaśce (która wręczała nagrody) i wszystkim uczestnikom!



sobota, 28 czerwca 2014

Porzeźnickie syndromy

Od Biegu Rzeźnika minął tydzień. I co? Mam porzeźnickie syndromy:

Syndrom 1. 2-3 dni po biegu bolały mnie nogi i chodziłam na sztywnych nogach. Jednak adrenalina wciąż buzowała i byłam pełna energii. Co ciekawe, w ogóle nie miałam apetytu.

Syndrom 2. 4-5 dni po biegu przestały już boleć nogi, za to zrobiłam się zmęczona, senna i straaaasznie głodna.

Syndrom 3. Po tych 5 dniach minęły syndromy wspomniane w pkt 1. i 2. a więc nadszedł czas na powrót do biegania. I tu właśnie syndrom numer 3: po przebiegnięciu niemal 80 kilometrów jakoś głupio iść biegać kilka czy kilkanaście kilometrów...




Syndrom 4. Myślicie, że przebiegnięcie Rzeźnika wpływa tylko na ciało? Coś takiego ostro klepie po głowie.
4a. Mam rzeźnickie sny - dziś przyśniło mi się, że musiałam przebiec rzeźnika z Zosią na rękach...
4b. Padło mi na mózg, wkręciłam się. No, spodobało po prostu . I zapisałam się na kolejny ultra: "Łemkowyna" w październiku. Tym razem 70 km przez Beskid Niski.

niedziela, 22 czerwca 2014

Bieg Rzeźnika – relacja


Lalalala! Jestem Rzeźnikiem!!!

Ale po kolei.
Rzeźnik to kultowy bieg o długości 78 kilometrów, 3 km w pionie w dół i tyle samo w górę. Prowadzi czerwonym szlakiem przez niemal całe Bieszczady – od Komańczy, przez Cisną – do Ustrzyk Górnych. Rzeźnika biegnie się w parach. Razem na starcie, razem w drodze, razem na mecie. Jeśli partner schodzi z trasy – my też.

Miałam biec z moją siorą. Byłaby na pewno super siostrzana przygoda. Niestety siora nabawiła się kontuzji i 3 tygodnie przed „rzeźnią” zaczęłam szukać partnerki.

Poszukiwania nie trwały długo. Asia Kozanecka, która za 2 miesiące startuje w Ironmanie, zgodziła pobiec ze mną. O lepszej zawodniczce nie mogłam marzyć – Asia chodzi po górach (w tym roku weszła na Aconcaguę), od dawna biega, uprawia triathlon. W dodatku już dwa razy była na Rzeźniku, więc wiedziała o co biega.

W ramach przygotowań przebiegłyśmy się 20 kilosów po Kampinosie. Ledwie za Aśką człapałam. No to będzie „grubo” w Bieszczadach – myślałam.

Na szczęście ustaliłyśmy co i jak. Powiedziałam, że moim celem jest dobiegnięcie do mety. Asia nie chce z kolei nabawić się kontuzji przed Ironmanem. Plan: biegniemy na spokojnie, byle zmieścić się w limicie czasu (16 godzin).

JEDZIEMY
Jedziemy we cztery. Nasz zespół i Iza z Zosią, które też pobiegną. Kilka godzin w aucie. Staram się przespać, ale nerwy nie pozwalają.

Jesteśmy w Cisnej. Tłum biegaczy, bo wystartuje 600 zespołów, czyli jest nas 1200 plus jakieś 500 osób, które wystartują w sobotę w Rzeźniczku (bieg na 26 kilometrów) plus osoby towarzyszące.
Staramy się dopchać do knajpy. Każda z nas zamawia po dużej pizzy. Jedzenie sięga mi już do gardła, ale jutro trzeba będzie mieć siłę.
Miejsce odpraw, odbierania pakietów itd. w Cisnej

Na trasie Rzeźnika są cztery punkty (Żebrak, Cisna, Smerek, Berehy), gdzie można się napić i coś zjeść. W Cisnej i Smereku można zostawić swoje rzeczy. My z Aśką już mamy wcześniej wszystko obmyślone. Więc zapakowane torby oddajemy do wyznaczonych miejsc i szybciutko idziemy do pensjonatu, bo pobudka o 1 w nocy!

Wieczorem denerwuję się i mam rozstrój żołądka. Cholera! Mam nadzieję, że z tej pizzy coś zostało. Myślę, czy uda mi się dobiec do mety. Czy jakaś kontuzja nie zmusi mnie do zejścia z trasy. I czy będę mieć po drodze sraczkę. Na szczęście przed 22 udaje mi się zasnąć.

W workach zapakowane są rzeczy biegaczy - niedługo pojadą na przepaki w Cisnej i Smereku.
START
Pobudka o 1. Przespałam się 3 godziny. Aśce w ogóle nie udało się zasnąć. No nic. Ona jest silniejsza to da radę. Wszystko mamy już przygotowane – koszulki, buty, plecaki z wodą i inne pierdoły. Śniadanie jakoś nie wchodzi. W końcu jest środek nocy.

O 2 w nocy odjeżdżają autobusy z Cisnej do Komańczy – na start. Bałam się, że będzie bałagan organizacyjny, bo niełatwo przewieźć takie tłumy. Ale wszystko poszło bardzo sprawnie. Około 3 w nocy jesteśmy w Komańczy. Rozgrzewają nas rytmy bębnów. W brzuchu mi się przewraca, trochę mi niedobrze. To z nerwów.

3:30 – start!!!
Nareszcie można biec. Po kilku kilometrach przechodzą mi wszystkie dolegliwości żołądkowe.  Biegniemy drogą w niezłym tłumie. Nawet gdybyśmy chciały – nie da się pędzić. No i dobrze – nerwy nas nie poniosą. Około 4 robi się jasno. Dobrze, że nie wzięłyśmy czołówek (jak wiele osób). To tylko niepotrzebny ciężar.
Jesteśmy oszczędne – wzięłyśmy bardzo mało rzeczy. Sporo gratów spakowałyśmy na „przepaki” na wszelki wypadek (jak się potem okazało – z większości nie skorzystałyśmy). Oszczędzamy też siły. Pod górę idziemy szybkim marszem. Po płaskim i w dół – biegniemy.

Po 2,5 godzinach docieramy do pierwszego punktu – do przełęczy Żebrak. Te 2,5 godziny zleciały szybciutko.  Nie tracimy tu czasu. Bierzemy kilka łyków. Ja uzupełniam worek z piciem. I po około 2 minutach lecimy dalej. Do limitu czasu mamy 45 minut zapasu.

Od początku staram się nie myśleć o dystansie 78 kilometrów. To zbyt przerażające. Myślę etapami: do przebiegnięcia jest 16 kilometrów, potem 15, dalej 24 itd.

Przed startem. Staram się opanować nerwy!
CISNA
Już czuję, że jest dobrze. Czasem mam słaby dzień i nie wiedzieć czemu – po prostu nie mam siły. Ale od Żebraka czuję, że jest ok. To jest mój dzień. Staram się przypomnieć sobie wszystkie swoje wycieczki górskie, wszystkie trudne biegi. W myślach sumuję te doświadczenia. To mi dodaje sił.

Ultramaraton po płaskim? To musi być katorga! W górach jest dobrze – pod górę męczą się płuca i serce, ale nogi w miarę odpoczywają. W  dół mięśnie nóg bardziej się męczą, ale serce odpoczywa. I tak na zmianę. W sumie – jest super. Kilometry mijają jakoś szybko. Myśli skoncentrowane są na każdym kroku. 
Oby tylko się nie potknąć, nie poślizgnąć, nie skręcić kostki!

I tak dobiegamy do Cisnej. Tu sporo osób kibicuje. Aśkę niosą emocje. Biegniemy asfaltem.  Pruję za nią jakieś 5 min na kilometr. Asiaaaa, zaczekaaaaj!
W Cisnej jest pierwszy przepak. Sprawę załatwiamy w trymiga. Dolewam izotonik do wora. Biorę o plecaka banana i żel.

Przed biegiem miałam plan jeść „naturalne” rzeczy – banany, suszone morele i batoniki. Moje wcześniejsze doświadczenia z żelami były nienajlepsze. Teraz jednak na batoniki nie mogłam spojrzeć. Jadłam banany po troszeczku. Żele „wchodziły” mi niespodziewanie dobrze.

Na przepaku spędziłyśmy 4 minuty i poleciałyśmy dalej. Taką strategię stosowałyśmy do końca – powoli, powoli, ale cały czas do przodu. Siedząc lub stojąc meta się nie zbliża, a organizm wychładza zamiast wypoczywać. Lepiej biec lub choćby iść niż marnować czas na przepaku. Aha, w ramach oszczędzania czasu sikałyśmy razem (znaczy się w tym samym czasie).
W Cisnej miałyśmy niemal 1,5 godziny zapasu do limitu czasu.

DO SMEREKA
Z Cisnej do Smereka jest najdłuższy odcinek: 24 kilometry. Chyba ten etap najbardziej mnie znużył. I teraz nawet nie mogę sobie za bardzo przypomnieć jak wyglądała ta trasa. Poza tym, że ostatnie kilka kilometrów przed Smerekiem była utwardzona droga, którą prawie w całości przebiegłyśmy. Momentami senność dawała się we znaki. Ale dość łatwo udało się to opanować.

Po drodze mijamy wiele osób, wiele ekip wyprzedza nas. Jest miła atmosfera, biegniemy grupkami, ucinamy sobie krótkie pogawędki.

W Smereku miałyśmy już 2 godziny zapasu do limitu czasu.  Wiedziałam już, że meta jest nasza. Że teraz choćby nie wiem co, doczłapię do końca. Mimo że wiedziałam, że największe podejścia przed nami. Teraz to już nie odpuszczę!

Na przepaku w Smereku również nie traciłyśmy czasu. Miałam tu zapakowane buty na zmianę. Ale ponieważ stopy nie były obolałe, nie było sensy marnować kilku minut na zmianę obuwia. Znów – napełnienie wora, żel – i w drogę. To już nasza dziewiąta godzina biegu…

DO BEREHÓW
Podejście na Połoninę Wetlińską. O biegu nie ma mowy. Ale idziemy powolutku, byle do przodu. Staram się nie zatrzymywać. Aśka większość trasy jest przede mną. Ale to mnie mobilizuje, by gonić. Podejście jest strome, ale dość szybko zlatuje. Wcześniejsza trasa wiodła w większości lasem. Teraz zaczynają się wspaniałe, bieszczadzkie widoki (choć 99% czasu patrzę pod nogi). Wraz z widokami zaczyna się chłodny, wilgotny wiatr. Na szczęście mamy kurtki. Na połoninie truchtamy.

Zbieganie już nie jest teraz takie łatwe. Nogi zaczynają boleć. Lewe kolano pobolewa, a na dole w Berehach już dość mocno boli.

Zbiegamy do Berehów. To już ostatni punkt! Biorę: żel (nic innego nie mogę przełknąć), apap (na kolano), piję Tigera (by się rozbudzić) i to wszystko popijam izotonikiem. Ciekawe co na to mój organizm? Organizm dostał skrzydeł. Zostało jedynie 9 kilometrów!
Mamy nieco straty w zapasie czasu. Miałyśmy zaoszczędzone 2 godziny, a teraz tylko godzinę i 40 minut.

META!
Wejście na Połoninę Caryńską. Jest stromo, ale cisnę. Pierwszy raz Asia jest za mną. Jesteśmy na górze. Teraz to już ostatnia prosta!! Asia rzuca hasło: możemy złamać 14 godzin. Ja odpowiadam, że nie wiem czy dam radę, ale myślę „zrobię wszystko, żeby dać radę”. Wiadomo, że meta jest nasza na luzaku. Teraz możemy powalczyć o czas.

Bardzo zadowolone na mecie, z medalami.
Na połoninie truchtamy. Kolano boli, aż płakać się chce. Najgorszy odcinek to strome zejście do Ustrzyk. Dobrze, że mam kijki, to jakoś odciąża nogi i kolana. Mijamy turystów i dopytujemy – ile zostało kilometrów?? Nie wiemy dokładnie. Odległości na zegarkach nie są precyzyjne. Zostało 15 minut do 14 godzin. Ale ile kilometrów. Ach, nieważne. I tak biegnę tak szybko jak potrafię. Już słychać głosy. Jest, jest meta. Jeszcze tylko kilka głupich mostków.
 I jeeeeeeeeeeesteśmyyyyyy!!!! Udało się!

Cieszę się jak mało kiedy. Dostajemy medale. Piwo o nazwie „Rzeźnik”. Jest wspaniale, cudownie. Nie dość, że przebiegłam to jeszcze w przyzwoitym czasie, poniżej 14 godzin. (dokładniej: 13:56 brutto; netto nie liczyli, ale byłoby ładnych kilka minut mniej).

Boję się usiąść, bo ciężko będzie wstać. Od razu marznę, więc ubieram się ciepło. Jedziemy autobusami do Cisnej. Prysznic. Wydaje mi się, że mogę zjeść przysłowiowego konia z kopytami. Ale żołądek dziwnie skurczony. Ciężko cokolwiek przełknąć. Idziemy na zasłużony odpoczynek.
Nie muszę chyba wyjaśniać jak wyglądało poranne wstawanie z łóżka. Takich zakwasów chyba w życiu nie miałam. Ale radość jest przeogromna!
  
Jest superrrrr!