Ciąża ciąży nie równa.
Gadam z koleżankami i okazuje się, że każda ciąża jest inna. Każda osoba ma z czymś innym problemy.
Moje dwie ciąże też się od siebie różniły. Z Zosią wydawało mi się, że szybko zaczęłam tyć. Ale druga ciąża była widoczna jeszcze zanim zaczął się 3 miesiąc! I wydawało się przytyję o wiele więcej. Tymczasem w drugiej ciąży przybieranie wagi przyhamowało pod koniec i ostatecznie w obu ciążach przytyłam mniej więcej tyle samo (17 i 16 kg).
W drugiej ciąży 7 i 8 miesiąc był dość ciężki. Okazało się, że mam nadmiar wód płodowych. Brzuch zrobil się ogromny i ciężko było się ruszać. Dodatkowo lipcowo-sierpniowe upały nie ułatwiały sprawy. Natomiast w 9 miesiącu trochę odżyłam i poczułam jakąś nową energię (przy Zosi najgorszy z kolei był 9 miesiąc).
Choć w trzecim trymestrze już niewiele się ruszałam sportowo - starałam się zachować choć trochę aktywności. Grane były spacery, krótkie wyjazdy czy wycieczki kajakowe.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
wtorek, 2 czerwca 2015
Drugi trymestr czyli najlepszy okres ciąży
Mdłości minęły. Brzuch już jest, ale jeszcze nie ogromny. Można się nieco poruszać.
Biegam, pływam, jeżdżę na rowerze i na rolkach. Czasu tylko o wiele mniej niż w pierwszej ciąży.
Udaje mi się jeden mały "wyczyn" - wzięłam udział w "Orlenie". Nie, nie w maratonie, to by była już przesada. Ale w biegu na 10 km.
Zrobiłam sobie nawet okazjonalną koszulkę.
Startuję z założeniem, że będę ostatnia na mecie. Pierwsza raczej nigdy nie będę na masowym biegu. To może chociaż ostatnia??
Dzień jest chłodny, czyli w sam raz dla biegaczy. Pilnuję się, żeby truchtać powolusieńku. Pierwsze 2-3 km jestem na samiuśkim końcu. Potem "nie daję rady" tak wolno - nawet marszobiegiem. Ostatni uczestnicy zostają daleko, daleko z tyłu, chyba po prostu idą. A ja swoim powolnym truchto-marszem zmierzam do przodu. W ramach odpoczynku czekam nawet jakieś 3-4 minuty do toitoia.
Po drodze - miła niespodzianka - czeka na mnie koleżanka Zosia, a zaraz potem mój małżonek JK na rowerze. Dobiegają ze mną prawie do końca. Nigdy nie brałam udziału w żadnych zawodach na takim luzie.
Wyszło 1:22. Antyżyciowka! Hurra!
Biegam, pływam, jeżdżę na rowerze i na rolkach. Czasu tylko o wiele mniej niż w pierwszej ciąży.
Udaje mi się jeden mały "wyczyn" - wzięłam udział w "Orlenie". Nie, nie w maratonie, to by była już przesada. Ale w biegu na 10 km.
Zrobiłam sobie nawet okazjonalną koszulkę.
![]() |
| fot. Zosia Dulska |
Startuję z założeniem, że będę ostatnia na mecie. Pierwsza raczej nigdy nie będę na masowym biegu. To może chociaż ostatnia??
Dzień jest chłodny, czyli w sam raz dla biegaczy. Pilnuję się, żeby truchtać powolusieńku. Pierwsze 2-3 km jestem na samiuśkim końcu. Potem "nie daję rady" tak wolno - nawet marszobiegiem. Ostatni uczestnicy zostają daleko, daleko z tyłu, chyba po prostu idą. A ja swoim powolnym truchto-marszem zmierzam do przodu. W ramach odpoczynku czekam nawet jakieś 3-4 minuty do toitoia.
![]() |
| fot. Zosia Dulska |
Wyszło 1:22. Antyżyciowka! Hurra!
piątek, 1 maja 2015
Chłopiec czy dziewczynka?
Jak ktoś mówi, że spodziewa się potomka, najczęściej pierwsze pytanie to "czy to chłopiec czy dziewczynka?".
Spoko, ja też zadawałam takie pytania. Ale już nie będę zadawać. A w każdym razie nie jako pierwsze pytanie.
A było to tak...
W trzecim miesiącu ciąży powinno zrobić się USG, które m.in. wykazuje przezierność karkową płodu. Jeśli nie jesteś rodzicem, pewnie nigdy nie słyszałeś o czymś takim. A więc owa przezierność, czyli po prostu grubość fałdu na karku dziecka, może być wskaźnikiem niektórych wad genetycznych.
U Zosi ta grubość była bardzo niska i nawet nie zdążyłam się zainteresować tym tematem. Tym razem, w drugiej ciąży, pan od USG zaczął kręcić nosem, że przezierność duża. Przyznam szczerze, że ścięło mnie z nóg.
Okazało się, że nie przysługuje mi żadne dodatkowe badania opłacone z NFZ, bo po pierwsze przezierność jest poniżej jakiegoś tam progu, a mój wiek jest poniżej jakiegoś tam (wraz z wiekiem rośnie ryzyko wad wrodzonych dziecka).
Skoro żyjemy w czasach, w których technika pozwala na sprawdzenie wielu rzeczy - czemu z tego nie korzystać. Zaczęłam się zastanawiać, jakby to było mieć niepełnosprawne dziecko. Z pewnością byłoby to ogromne wyzwanie. A do wyzwań lepiej się przygotować.
Na wyniki badań, za które zapłaciliśmy (prywatnie) ładnych kilka stówek, czekaliśmy 3 tygodnie.
Okazało się, że na 99% dziecko urodzi się zdrowe (poza inwazyjnymi metodami, określa się jedynie prawdopodobieństwo wystąpienia wad).
Czy to naprawdę takie ważne czy to chłopiec czy dziewczynka? Żyjemy w takich fajnych czasach i miejscu, że różnice są niewielkie :)
Spoko, ja też zadawałam takie pytania. Ale już nie będę zadawać. A w każdym razie nie jako pierwsze pytanie.
A było to tak...
W trzecim miesiącu ciąży powinno zrobić się USG, które m.in. wykazuje przezierność karkową płodu. Jeśli nie jesteś rodzicem, pewnie nigdy nie słyszałeś o czymś takim. A więc owa przezierność, czyli po prostu grubość fałdu na karku dziecka, może być wskaźnikiem niektórych wad genetycznych.
U Zosi ta grubość była bardzo niska i nawet nie zdążyłam się zainteresować tym tematem. Tym razem, w drugiej ciąży, pan od USG zaczął kręcić nosem, że przezierność duża. Przyznam szczerze, że ścięło mnie z nóg.
Okazało się, że nie przysługuje mi żadne dodatkowe badania opłacone z NFZ, bo po pierwsze przezierność jest poniżej jakiegoś tam progu, a mój wiek jest poniżej jakiegoś tam (wraz z wiekiem rośnie ryzyko wad wrodzonych dziecka).
Skoro żyjemy w czasach, w których technika pozwala na sprawdzenie wielu rzeczy - czemu z tego nie korzystać. Zaczęłam się zastanawiać, jakby to było mieć niepełnosprawne dziecko. Z pewnością byłoby to ogromne wyzwanie. A do wyzwań lepiej się przygotować.
Na wyniki badań, za które zapłaciliśmy (prywatnie) ładnych kilka stówek, czekaliśmy 3 tygodnie.
Okazało się, że na 99% dziecko urodzi się zdrowe (poza inwazyjnymi metodami, określa się jedynie prawdopodobieństwo wystąpienia wad).
Czy to naprawdę takie ważne czy to chłopiec czy dziewczynka? Żyjemy w takich fajnych czasach i miejscu, że różnice są niewielkie :)
czwartek, 9 kwietnia 2015
ZNOWU w ciąży?
Już kilka razy spotkałam się z tekstem: "ZNOWU jesteś w ciąży?".
Ej, no. Ja rozumiem, żebym spodziewała się ósmego czy dziesiątego dziecka. Ale przy drugim, to jakie znowu ZNOWU?
A tekst "znowu jesteś w ciąży" to ostatnio częste powitanie na mój widok.
Najbardziej przerąbane mają bezdzietni. "A kiedy dzidziuś?" (też to słyszałam). Jedni nie chcą, inni nie mogą. Dla jednych i drugich takie pytania mogą być denerwujące lub bolesne.
"Kiedy drugie?", "teraz do pary przydałby się chłopczyk/dziewczynka", "troje/czworo to już za dużo"itd. ... Grrrr...
Niedawno moja znajoma urodziła szóste dziecko. Wg poniższej tabelki mówimy: "Boże, współczuję". A ona każde dziecko traktuje jak cud. Ciąże, karmienie i wychowywanie tej wesołej gromadki w żadnym wypadku nie traktuje jak zmarnowane chwile, lecz jako zasadniczy cel i treść życia. Szczerze powiem, że podziwiam ją za jej cierpliwość i poczucie spełnienia. Bo ona się w macierzyństwie zarąbiście spełnia. I czy ktoś ma sześcioro, troje, dwoje czy wcale nie ma dzieci - fajnie jest wiedzieć czego się chce w życiu, robić to i się cieszyć. A nie słuchać tego, co inni by chcieli. O!
Ej, no. Ja rozumiem, żebym spodziewała się ósmego czy dziesiątego dziecka. Ale przy drugim, to jakie znowu ZNOWU?
A tekst "znowu jesteś w ciąży" to ostatnio częste powitanie na mój widok.
Najbardziej przerąbane mają bezdzietni. "A kiedy dzidziuś?" (też to słyszałam). Jedni nie chcą, inni nie mogą. Dla jednych i drugich takie pytania mogą być denerwujące lub bolesne.
"Kiedy drugie?", "teraz do pary przydałby się chłopczyk/dziewczynka", "troje/czworo to już za dużo"itd. ... Grrrr...
Niedawno moja znajoma urodziła szóste dziecko. Wg poniższej tabelki mówimy: "Boże, współczuję". A ona każde dziecko traktuje jak cud. Ciąże, karmienie i wychowywanie tej wesołej gromadki w żadnym wypadku nie traktuje jak zmarnowane chwile, lecz jako zasadniczy cel i treść życia. Szczerze powiem, że podziwiam ją za jej cierpliwość i poczucie spełnienia. Bo ona się w macierzyństwie zarąbiście spełnia. I czy ktoś ma sześcioro, troje, dwoje czy wcale nie ma dzieci - fajnie jest wiedzieć czego się chce w życiu, robić to i się cieszyć. A nie słuchać tego, co inni by chcieli. O!
![]() |
| Żródło: zapytajpolozna.pl |
poniedziałek, 30 marca 2015
Pierwsze trzy miesiące. Czyli najgłupszy czas ciąży.
Ojoj. Długi czas nie pisałam.
Od kilku dni jestem w piątym miesiącu ciąży i powoli wracam do świata żywych.
Pierwsze trzy miesiące były słabe. W sumie, porównując się do niektórych dziewczyn, to nie mam co narzekać. Prawie nie rzygałam, nie miałam żadnych dolegliwości, poza tym, że ciągle byłam straaaaasznie zmęczona i śpiąca.
Poza tym, chciałam zaznaczyć, że pierwszy trymestr, czyli pierwsze trzy miesiące, ciąży jest bez sensu. No bo tak: głupio się jeszcze przyznać i rozpowiadać, jak jeszcze nie wiadomo co i jak. Nic nie widać, więc w sklepie czy autobusie nikt miejsca nie ustąpi. W pracy - zachrzan po normalnemu.
A samopoczucie jest beznadziejne. Człowiek najchętniej zaszyłby się pod kołdrą i już stamtąd nie wychodził.
Czy miałam tak samo z Zosią? Chyba podobnie. Ale o ile w pierwszej ciąży można się w miarę skupić na sobie, tak w drugiej "nie ma letko". Bo zawsze jest coś do zrobienia przy pierworodnym.
Tak więc grudzień, styczeń i luty pod względem sportowym można po prostu skasować. Każdą wolną chwilę poświęcałam na spanie lub leżenie.
Moi drodzy, jeśli widzicie w autobusie jakąś niewiastę, bladą, z półprzymkniętymi, podkrążonymi oczami - ustąpcie miejsca. Nigdy nic nie wiadomo ;)
Od kilku dni jestem w piątym miesiącu ciąży i powoli wracam do świata żywych.
Pierwsze trzy miesiące były słabe. W sumie, porównując się do niektórych dziewczyn, to nie mam co narzekać. Prawie nie rzygałam, nie miałam żadnych dolegliwości, poza tym, że ciągle byłam straaaaasznie zmęczona i śpiąca.
Poza tym, chciałam zaznaczyć, że pierwszy trymestr, czyli pierwsze trzy miesiące, ciąży jest bez sensu. No bo tak: głupio się jeszcze przyznać i rozpowiadać, jak jeszcze nie wiadomo co i jak. Nic nie widać, więc w sklepie czy autobusie nikt miejsca nie ustąpi. W pracy - zachrzan po normalnemu.
A samopoczucie jest beznadziejne. Człowiek najchętniej zaszyłby się pod kołdrą i już stamtąd nie wychodził.
Czy miałam tak samo z Zosią? Chyba podobnie. Ale o ile w pierwszej ciąży można się w miarę skupić na sobie, tak w drugiej "nie ma letko". Bo zawsze jest coś do zrobienia przy pierworodnym.
Tak więc grudzień, styczeń i luty pod względem sportowym można po prostu skasować. Każdą wolną chwilę poświęcałam na spanie lub leżenie.
Moi drodzy, jeśli widzicie w autobusie jakąś niewiastę, bladą, z półprzymkniętymi, podkrążonymi oczami - ustąpcie miejsca. Nigdy nic nie wiadomo ;)
![]() |
| Bardziej Matka Polka niż Sportowa Mama... |
czwartek, 1 stycznia 2015
Podsumowanie 2014
Jakiś czas nie pisałam...
Na koniec się trochę wytłumaczę. Ale najpierw: okolice Sylwestra to dobry czas na podsumowanie. A więc lecimy ze sportowym podsumowaniem roku 2014.
W marcu 2013 roku urodziła się Zosia. O ile w 2013 roku powolutku wracałam do jakiejkolwiek formie, to 2014 był już całkiem sensowny. Udawało mi się w miarę regularnie biegać.
Do sukcesów można zaliczyć:
- ukończenie Rzeźnika,
- ukończenie Ultrałemkowyny,
- życiówka na Maratonie Warszawskim.
- udało mi się także trochę wrócić do pływania (nie pływałam ok. 2 lata)
- w kategorii podróżniczo-sportowej: udało mi się samotnie przejść na nartach płaskowyż Hardangervidda,

Do porażek można wpisać:
- Orlen Maraton.
- Poza tym koniec roku był biegowo słabiutki. Najpierw w listopadzie dopadła mnie "niemoc twórcza ", a potem - w grudniu - praktycznie przez cały miesiąc borykaliśmy się we trójkę z powracającymi przeziębieniami, grupami, zapaleniami zatok itp. Straciłam cały miesiąc pływania.
Z tymi maratonami to było tak, że uznałam, że tyle lat biegam, że wypada już złamać 4 godziny na maratonie. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, a raczej przebiec. Na Orlenie zeszłam z trasy. Porażką było złe planowanie i brak realnej oceny formy. We wrześniu, mimo o wiele mniejszych ambicji (celem było przebiegnięcie w tempie 6 min/km) to była to moja życiówka.
Nie udało mi się poprawić wyników przedciążowych na 10 km (poniżej 50 minut). Najlepiej poszło mi podczas Biegu Powstania (50:39). Ale na łamanie wyników na taaaaakich krótkich dystansach nie nastawiałam się :p
2014 sportowo nie był najgorszy. Najbardziej się cieszę z tych górskich biegów i coś czuję, że długie dystanse to będzie coś, nad czym będę pracować. 2015 rok zapowiada się niezwykle interesująco, i podejrzewam, że nie domyślacie się co wykombinowałam. ale na razie nic nie mogę zdradzić...
Życzę wszystkim wielu sportowych sukcesów w 2015. Ale porażki (od czasu do czasu też nie są złe, bo sporo uczą)!!
Na koniec się trochę wytłumaczę. Ale najpierw: okolice Sylwestra to dobry czas na podsumowanie. A więc lecimy ze sportowym podsumowaniem roku 2014.
W marcu 2013 roku urodziła się Zosia. O ile w 2013 roku powolutku wracałam do jakiejkolwiek formie, to 2014 był już całkiem sensowny. Udawało mi się w miarę regularnie biegać.
Do sukcesów można zaliczyć:
- ukończenie Rzeźnika,
- ukończenie Ultrałemkowyny,
- życiówka na Maratonie Warszawskim.
- udało mi się także trochę wrócić do pływania (nie pływałam ok. 2 lata)
- w kategorii podróżniczo-sportowej: udało mi się samotnie przejść na nartach płaskowyż Hardangervidda,
Do porażek można wpisać:
- Orlen Maraton.
- Poza tym koniec roku był biegowo słabiutki. Najpierw w listopadzie dopadła mnie "niemoc twórcza ", a potem - w grudniu - praktycznie przez cały miesiąc borykaliśmy się we trójkę z powracającymi przeziębieniami, grupami, zapaleniami zatok itp. Straciłam cały miesiąc pływania.
Z tymi maratonami to było tak, że uznałam, że tyle lat biegam, że wypada już złamać 4 godziny na maratonie. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, a raczej przebiec. Na Orlenie zeszłam z trasy. Porażką było złe planowanie i brak realnej oceny formy. We wrześniu, mimo o wiele mniejszych ambicji (celem było przebiegnięcie w tempie 6 min/km) to była to moja życiówka.
Nie udało mi się poprawić wyników przedciążowych na 10 km (poniżej 50 minut). Najlepiej poszło mi podczas Biegu Powstania (50:39). Ale na łamanie wyników na taaaaakich krótkich dystansach nie nastawiałam się :p
2014 sportowo nie był najgorszy. Najbardziej się cieszę z tych górskich biegów i coś czuję, że długie dystanse to będzie coś, nad czym będę pracować. 2015 rok zapowiada się niezwykle interesująco, i podejrzewam, że nie domyślacie się co wykombinowałam. ale na razie nic nie mogę zdradzić...
Życzę wszystkim wielu sportowych sukcesów w 2015. Ale porażki (od czasu do czasu też nie są złe, bo sporo uczą)!!
środa, 19 listopada 2014
Biegowa depresja
Oooj długo nie pisałam, długo.
Ale nie było o czym pisać, bo biegałam tyle co nic.
Ultrałemkowyna była bardzo udanym zakończeniem sezonu. Ale po biegu oklapłam, straciłam chęć na wyjście na bieganie. Ogarnęło mnie zniechęcenie. W dodatku trochę dokuczało mi kolano, które nadwyrężyłam na Łemkowynie.
Jednym słowem: biegowa depresja.

Dlaczego?
Pewnie zabrakło planów na kolejne starty, kolejne cele. Cele się skończyły i skończyła się też motywacja.
Może brakuje mi grupy, z którą mogłabym pobiegać, podzielić się problemami i radościami, a też trochę porywalizować.
Depresja biegowa ma jeszcze jedną ważną, a może najważniejszą przyczynę, ale o tym napiszę później.
Pomyślałam, że bieganie to nie wszystko. Łemkowyna uświadomiła mi, że mam jakąś tam kondycję, ale rozmaite partie mięśni są słabiutkie. Słabe mięśnie brzucha i pleców. Mięśnie nóg, ale nie te, które rozwija się przy bieganiu po płaskim. I to mnie z pewnością hamuje. Nie ma co myśleć o kolejnych ultra, póki się tego nie wzmocni.
Jak wyjść z biegowej depresji?
Można nic nie robić i po prostu przestać biegać. Ale przecież jak już jakąś formę się ma to nie warto wszystkiego rzucać. Z drugiej strony nie ma sensu przymuszanie się do biegania jak się tym, ykhm, po prostu rzyga. Na pewno każdy może znaleźć swój sposób na wyjście z depresji biegowej: znalezienie fajnego celu, umówienie się z kimś, może z jakąś grupą na bieganie, a może pozwolenie sobie na jakiś czas odpoczynku.
Mój sposób to mały skok w bok. Czyli: zapisałam się na basen!
Kiedyś sporo pływałam, przygotowując się do połówki Ironmena. Ale chodziłam na basen sama. Sama nauczyłam się kraula. A potem od urodzenia Zosi pływałam może z cztery razy.
Teraz zapisałam się na zajęcia z trenerem. I byłam już na pierwszym treningu.
W grupie jest około 10 osób, w tym jedna z Blogaczy - Ania.
Najbardziej z zajęć zmęczyła mnie półgodzinna rozgrzewka na brzegu - rozciąganie i wygibasy na lewo i prawo. Chyba najgorzej radziłam sobie z grupy. Buuu! No trudno.
A potem godzina pływania. Cieszyłam się, że choć od dwóch lat prawie nie pływałam, jakoś udaje mi się nie utopić i nawet nie jestem ostatnią ofermą.

I co?
Z pierwszych zajęć wyszłam naładowana energią. Mam ochotę znów na sport. Będę trochę pływać, trochę biegać. A potem? Zobaczymy.
Aha, po tej rozgrzewce bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Na bokach, tam gdzie są żebra, zdawało się, że tylko skóra, trochę tłuszczu i już tylko kości. A tu proszę - ból. Czyli mięśnie są. I jakieś dziwne mięśnie brzucha i pleców.
Ale nie było o czym pisać, bo biegałam tyle co nic.
Ultrałemkowyna była bardzo udanym zakończeniem sezonu. Ale po biegu oklapłam, straciłam chęć na wyjście na bieganie. Ogarnęło mnie zniechęcenie. W dodatku trochę dokuczało mi kolano, które nadwyrężyłam na Łemkowynie.
Jednym słowem: biegowa depresja.

Dlaczego?
Pewnie zabrakło planów na kolejne starty, kolejne cele. Cele się skończyły i skończyła się też motywacja.
Może brakuje mi grupy, z którą mogłabym pobiegać, podzielić się problemami i radościami, a też trochę porywalizować.
Depresja biegowa ma jeszcze jedną ważną, a może najważniejszą przyczynę, ale o tym napiszę później.
Pomyślałam, że bieganie to nie wszystko. Łemkowyna uświadomiła mi, że mam jakąś tam kondycję, ale rozmaite partie mięśni są słabiutkie. Słabe mięśnie brzucha i pleców. Mięśnie nóg, ale nie te, które rozwija się przy bieganiu po płaskim. I to mnie z pewnością hamuje. Nie ma co myśleć o kolejnych ultra, póki się tego nie wzmocni.
Jak wyjść z biegowej depresji?
Można nic nie robić i po prostu przestać biegać. Ale przecież jak już jakąś formę się ma to nie warto wszystkiego rzucać. Z drugiej strony nie ma sensu przymuszanie się do biegania jak się tym, ykhm, po prostu rzyga. Na pewno każdy może znaleźć swój sposób na wyjście z depresji biegowej: znalezienie fajnego celu, umówienie się z kimś, może z jakąś grupą na bieganie, a może pozwolenie sobie na jakiś czas odpoczynku.
Mój sposób to mały skok w bok. Czyli: zapisałam się na basen!
Kiedyś sporo pływałam, przygotowując się do połówki Ironmena. Ale chodziłam na basen sama. Sama nauczyłam się kraula. A potem od urodzenia Zosi pływałam może z cztery razy.
Teraz zapisałam się na zajęcia z trenerem. I byłam już na pierwszym treningu.
W grupie jest około 10 osób, w tym jedna z Blogaczy - Ania.
Najbardziej z zajęć zmęczyła mnie półgodzinna rozgrzewka na brzegu - rozciąganie i wygibasy na lewo i prawo. Chyba najgorzej radziłam sobie z grupy. Buuu! No trudno.
A potem godzina pływania. Cieszyłam się, że choć od dwóch lat prawie nie pływałam, jakoś udaje mi się nie utopić i nawet nie jestem ostatnią ofermą.

I co?
Z pierwszych zajęć wyszłam naładowana energią. Mam ochotę znów na sport. Będę trochę pływać, trochę biegać. A potem? Zobaczymy.
Aha, po tej rozgrzewce bolały mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Na bokach, tam gdzie są żebra, zdawało się, że tylko skóra, trochę tłuszczu i już tylko kości. A tu proszę - ból. Czyli mięśnie są. I jakieś dziwne mięśnie brzucha i pleców.
Zadowolenie jest. Nowe pokłady energii wzbudzone. Nowe mięśnie rozruszane.
Czyli właśnie o to chodziło!
Czyli właśnie o to chodziło!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






